Tyś

Pośród kłębowiska oczu
i uszu
tyś jedna miała oblicze

Nie przesadzam
Tyś jedną z tych postaci
które gdy zamykają oczy
z ich powiek spływają
ławice obrazów

ja je niemal widzę
wyraźnie, mocno
jak rysy twojej twarzy

Nie będzie
dane nam się poznać
i nie sądzę
że to źle

Wiem już, że
nasycenie
to jedno jedyne prawdziwe
jest możliwe
tylko w tej samotności
w której jest Bóg
i w tych relacjach
w których jest Bóg

Jednak wiem też, że
gdy cię spotkam kiedyś
przypadkiem
warkocze twoich opowieści
od razu
splotą się z moimi

Zatem to spotkanie
jest rozstaniem
ale to nie ma znaczenia:
jakie to piękne
że ty będziesz istnieć
ty musisz po prostu istnieć
i być dumna
z tej jednej
jedynej
rzeczy
że jesteś

Rzym, 31.12.2018

Na dnie serca

 Chciałbym
uczynić z serca
duży, wolno zniżający
się ku spodowi
lejek
i spojrzeć na niego
z góry by
zobaczyć ku czemu
zmierza

Nie wiem tylko
co chciałbym albo mógłbym
tam głęboko
na dnie
przez okno
serca
kiedyś
zobaczyć

Może
łzę
Czyjąś
wylaną
gdy mnie
nie ma

a może
moją
łzę
spływającą
w pogoni
za Kimś

albo
posturę Czyjąś
a w niej mój kontur
kształt
utkany z mojego żebra
albo z dłoni
będący
jakby moim terytorium
zamorskim
gdy oceany
będą mnie
oddzielać
od Kogoś

a może
ważniejsze jest
odnaleźć
między moimi żebrami
i pielęgnować
kontur Czyjś

Czyż nie byłoby też pięknie
zobaczyć na dnie
spojrzenie Czyjeś
przenikliwe - by zobaczyło
prawdę moich dziwactw
i wyrozumiałe - przed którym
nie musiałbym udawać,
spojrzenie
które byłoby
potem
przystanią
moich myśli
zbłąkanych?

W każdym razie
wszędzie pojawia się
dystans
Czy zatem
bez niego
można sobie w ogóle
wyobrazić
miłość?
Czy miłość
nie jest czczeniem,
celebrowaniem
dystansu
do osoby kochanej
(jako jej elementu
istotnego)?

I czy można go
nazwać zatem
dystansem pozornym?
a miłość samą
Boskim przedsionkiem
wiecznego spełnienia?

sierpień 2017, Rzym

Dawn. Salvation.

Yes, it is
it is already there
that’s what I call
„the morning coffee moment”

It is the fleeting while
of a fragile and faint balance
when the night
is not finished yet completely
and the day is not initiated
for good

But what I know already
is that the accumulated energy
of this moment
like the caffeine
in my cup, in my blood
is unstoppable

And everything
which is about to come
even the most unpredictable
and unexpected things
cannot be more than just
a consequence

Thus
Everything is now.
Right now.
Almost done.

It is like with the events of Jesus’ life:
His glorious Birth, Death, Resurrection and Salvation
They are now.
Right now.
Already done.

And so
I finished my coffee
and the time to move on has come
let’s get started

lipiec 2018, Kalisz, rekolekcje ignacjańskie

Paterson (film Jima Jarmuscha)

Wiesz co mi dajesz?
Wszystko.

Spacer powolny, uśmiech napotkanych ludzi,
drzewa wysmukłe i żółwie pływające w stawie,
który mijam

To jest nawet ciekawe zjawisko
gdy ich lśniące zbroje
ledwo wystające nad taflę wody
przemieszczają się chaotycznym ruchem

nie rozumiem ich rytuałów
czemu podpływają do siebie,
stykają się pyszczkami, wchodzą jeden na drugiego
i właściwie
po co w ogóle pływają?
ktoś to kiedyś zbadał?

Wszystko.

Nawet sandały, które kupiłem
niedawno, bo są ładne,
skórzane, czarne – zawsze chciałem takie mieć
Przypominają mi rzymskie sandały,
które pamiętam z książek historycznych
Co prawda …
nie podobają się mojemu bratu,
nie wiem dlaczego,
ale dla mnie są ładne i
takie trochę rzymskie

Nie ma Cię tu ze mną.
Widzisz
a ożywiasz wszystko.

21.08.2017, Roma – Villa Doria Pamphili

Liście

 Między buntem a rezygnacją
ścielą się miriady odcieni
jak jesienne liście

Czyż to nie zastanawiające?
bunt, sam w sobie
bunt, to zaangażowanie w życie
które znosi jego akceptację
jest doprawdy daleko
na samym krańcu
bynajmniej nie jest bestią
czyhającą w zaroślach
na jeden tylko fałszywy krok
by runąć znienacka

Podobnie jest z rezygnacją
z tą akceptacją życia
która znosi jakąkolwiek formę
zaangażowania w nie
Zbliżania się do niej
nie da się przyrównać
do kroczenia ku przepaści
ale jeśli już
to do bagnistej łąki
w którą można się osunąć
dopiero po serii fałszywych ruchów

Między buntem a rezygnacją
ich rozpaloną czerwonością
i bezkresną szarością
mieszczą się różnorodne odcienie
rzeczy codziennych

Bo
Za każdym razem, gdy świat
przekracza granicę naszej skóry
znajduje jakiś zakamarek duszy
w którym zostawia
Liść
liść, który ma swój odcień
liść, który sam w sobie
jest niczym

Gdy ja przekraczam granicę mojej skóry
odbywa się to samo misterium:
biorę liść
i umieszczam go gdzieś w swoim wnętrzu

Bunt i rezygnacja nie są pierwotne
biorą się z nieporządku liści
z zakłócenia
świętej równowagi codzienności

To, co otrzymuję od życia
to, co daję życiu
mieści się w miriadach odcieni
liści jesiennych

marzec 2017, Rzym

Spojrzenie

Wiele rzeczy można było
zrobić lepiej
ale kto by się nad tym zastanawiał?

Wielcy ludzie – Freud, Heidegger i inni
mają swoje ważne sprawy
nie zamierzamy im przeszkadzać

Kiedyś miałem uroczą maskotkę
misia – zupełnie niepotrzebnie
wydłubałem mu pewnego razu oczy

Raczej w kategorii żalu
umieściłbym uczucie pozostałe
po zrzuconych pelargoniach z parapetu
i po paru zbitych piłką szybach

Innym razem
wrzuciliśmy mirabelki
przez otwarte okno gabinetu dentystycznego
podczas zabiegu
- to nie było do końca rozsądne

Były też drobne poruszenia duszy
takie czyste, niewinne i piękne
że chciałoby się, żeby trwały długo
ale one zawsze trwały krótko

A wyłuskane z marzeń sennych ideały
jakoś nigdy nie imały się rzeczywistości do końca
Może je zdradziłem? Byłem im niewierny?
Starałem się niewystarczająco?
Żaden z duchów w mojej głowie
nie stawia już tych pytań

Wiele rzeczy można było zrobić lepiej
na pewno
- no i co z tego?

Panie Jezu,
daj mi to spojrzenie, którym patrzyłeś
na apostołów, ślepców i grzeszników
bym wiedział co począć
z listowiem
rzeczy
nazbyt łatwo
widocznych.

Rzym, marzec 2017

Miasto na dole

Jawi się jako spokojne kłębowisko
ludzie w samochodach, na ulicach, placach
komponują się w konstelacje
niebo, światła różnorakie muskają ten ruch neutronowy
który wytwarza ludzka twórczość

Oni
raczej tego nie widzą
może nawet klną pod nosem na przechodnia obok
że ktoś depcze czubek ich buta
między grudami zmarniałej gleby
nie słyszą i nie czują
że tuz obok z boku i w górze
wzbija się w niebo kometa jedna za drugą i umiera
a drzewo niewidzialne koronami liści
wyłuskuje z nieboskłonu warkocze świetliste

My musimy im to powiedzieć
że pod chmurnym horyzontem są piękni
że w ich ruchach szarpanych jest taniec

Ty który widzisz
będziesz ich prorokiem
w chłodne wieczory witanym
i wypędzanym zarazem

gdzieś nad Europą, kwiecień 2015

W prześwitach

Czasami dzieje się tak,
że jesteś bardzo pochłonięty
i nie wiadomo do końca czym
kłębią się myśli w twej głowie
sens i cel jest przeczuwany tylko mgliście

a za oknem na gałęzi siada
między skowronkami, no właśnie,
nie wiadomo do końca kto- on, On, Coś, coś
nie ważne, w każdym razie siada
między skowronkami na gałęzi, za oknem
tak niewidocznie, spokojnie
i patrzy wraz z nimi, śpiewa
może nawet wtedy jest wiosna
i gałąź zielona, rozkwitająca

Ale ty nie widzisz skowronków
i tym bardziej tego nie wiadomo czego,
które wśród nich zasiada

Czasami dzieje się tak,
że jesteś skrępowany w swoim działaniu
i wiesz dokładnie czym,
ale to nie pomaga w niczym
i nie możesz robić, czego chcesz

a w kominku między iskierkami
pojawia się znowu to coś, Coś, On, on,
nie wiadomo co do końca,
ale to nie iskierka na pewno,
choć też jak one skacze, tańczy
i sprawia nastrój
i jest tutaj między nami
i naprawdę już tu jest

Ale ty nie spoglądasz w kierunku kominka,
iskierek, tego czegoś, Kogoś, a nastrój
sam sobie sprawiasz

Często jesteś zamknięty
i nie widzisz tego, nie wiadomo czego, Kogo
gdybyś był ubogi w duchu
poczułbyś tę pustkę innego rodzaju,
przed którą wciąż się wzbraniasz,
a która jest przedsmakiem pełni

Ubogi w duchu to ten,
który usuwa z siebie to, co w nim jest,
by przygotować się na to, na co nie da się przygotować
na to coś, Coś, Kogoś, kogoś…

2010, Poznań

„Nie bój się, Maryjo, jestem tylko rodzajem literackim” przyczynek do rozważań o dziwnym słowie w biblistyce – narratologii

            Powyższy cytat jest częścią popularnego żartu, który mógłby być z powodzeniem uznany za symbol nieufności wobec rzekomo „niejasnej” pracy biblistów. Sądzę, nie bez podstaw, że pewna część księży (być może też wiernych świeckich) odznacza się niechęcią do „rewelacji” współczesnych badaczy Pisma, którzy mieliby podważać podwaliny wiary w Słowo Boże. Niemałą rolę w powstaniu tej podstawy odegrała ciesząca się wręcz ponurą sławą metoda historyczno-krytyczna. Wydaje się, że bibliści znajdujący w niej upodobanie za swój jedyny cel mają poddanie w wątpliwość historyczności kolejnych wydarzeń czy postaci biblijnych. Niektórzy z krytyków owej metody posiłkują się rozważaniami kardynała Ratzingera, który wskazywał parokrotnie na jej ograniczenia. Jednakże, co jest istotne: nigdy nie podważał zasadności jej istnienia, twierdząc, że jest absolutnie niezbędna w dzisiejszej biblistyce. Nieufność wobec egzegezy współczesnej dobrze obrazuje poniższy cytat z artykułu polskiego teologa: „Trzeba wlać ducha w biblistykę. Potrzebne jest nowe otwarcie, które powinno pójść w kierunku syntezy nauki i duchowości. […] Czas odejść od bożka nauki ku wypróbowanej drodze Kościoła, którą jest duchowość. […] potrzebne jest integralne spojrzenie na biblistykę. Wlanie ducha w tego trupa”.[1] Jednakże, odnoszę wrażenie, że krytycy biblistów mają nie zawsze aktualne dane. Pokusa naukowości była rzeczywiście silna w egzegezie, ale lata temu. Jeden z profesorów Biblicum opowiadał mi, że w latach 70’, 80’ starano się za wszelką cenę wykazać na uczelni „naukowość” podejścia do Biblii. Dziś, jednak, nie wydaje się to być zagrożeniem tak silnym czy powszechnym jak kiedyś. Podobnie „złowróżbna” metoda historyczno-krytyczna nie występuje już w takiej postaci jak ją stosował Bultmann. Zresztą, jak to pamiętam z okresu studiów licencjackich na Biblicum, obecnie kładzie się nacisk na stosowanie każdej dostępnej metody, która może być użyteczna w analizie tekstu. Opisywana metoda nie jest już jedyną czy uprzywilejowaną pośród innych.

            Tytułowy cytat mógłby być również symbolem nieufności wobec egzegezy z zupełnie innego względu, mianowicie ze swojego kontekstu historycznego. Nie znalazłem tego w żadnej literaturze przedmiotu, ale zdaje się, że wspomniany żart głoszący, że anioł Gabriel by uspokoić Maryję powiedział w scenie zwiastowania: „Nie bój się, jestem tylko rodzajem literackim”, powstał w latach 60’ zeszłego wieku. Wiąże się on ze smutnym epizodem, kiedy to Święte Oficjum nałożyło zakaz wykładania Pisma Świętego na dwóch wybitnych, jezuickich profesorów Papieskiego Instytutu Biblijnego: o. Stanislasa Lyonneta oraz o. Maximiliana Zerwicka.[2] Było to w roku 1962 jeszcze za pontyfikatu Jana XXIII. Pierwszy z wymienionych napisał artykuł na temat zwiastowania, zatem jest prawdopodobne, że właśnie w tym czasie kontrowersji wobec gatunków literackich Biblii zrodził się ów dowcip. Paweł VI dwa lata później przywrócił do łask zawieszonych w nauczaniu profesorów, w obronie których wystąpiło wielu biblistów. Ojciec Lyonnet został nawet później mianowany konsultorem Kongregacji Doktryny Wiary.

            Wiele czasu upłynęło od tych wydarzeń. Biblistyka zmieniła się w tym czasie znacząco. Nie jest moją intencją zajmować się szczegółowo każdą metodą biblijną, ale przedstawić krótką historię nurtów wiodących ze szczególnym naciskiem na najnowszy sposób podejścia do Biblii – narratologię. Pamiętam doskonale moją dezorientację z początków seminarium duchownego, jeśli chodzi o mnogość metod biblijnych: synchronicznych, diachronicznych, intertekstualnych, itp. Mówiliśmy o nich dużo i w zasadzie żadnej nie zastosowaliśmy w praktyce, nie mówiąc nawet o ich przydatności w pracy duszpasterskiej. Punktem wyjścia dla naszych rozważań będzie krótka rozmowa ze znajomym księdzem, Włochem pracującym w Watykanie, który, bynajmniej, nie aż tak dawno doktoryzował się z patrystyki. Ostatnio wspomniałem mu o podejściu „narracyjnym” czy „narratologicznym” do Biblii. Na co odpowiedział: „narratologia? pierwsze słyszę, 15 lat temu, gdy studiowałem inne metody były w modzie. Doprawdy, w biblistyce panują różnego rodzaju ‘mody’.” To stwierdzenie dobrze oddaje stosunek do biblistyki panujący wśród duchownych. Bierze się on często z niewiedzy i z niezrozumienia pracy egzegetycznej. Owa nieufność była obecna w latach 60’ zeszłego stulecia jest też obecna i dzisiaj. Niniejszy przyczynek ma za zadanie uczynić, choć w małym zakresie, bardziej zrozumiałą biblistykę współczesną.

            Przede wszystkim, jeśli rozumiemy modę jako krótkotrwałe upodobanie pewnej nowości w jakiejś dziedzinie to z pewnością w biblistyce nie istnieją mody. Co bardziej znaczące zmiany w egzegezie pochodzą z odkryć archeologicznych albo lingwistycznych, a nie na zasadzie kaprysu jakiegoś biblisty. Z tego powodu, na przykład, bardzo doniosłe znaczenie dla rozumienia hebrajskiego miało odkrycie języka ugaryckiego czy wcześniej akadyjskiego. Opracowanie literatury babilońskiej również posiadało niemałą wartość. Metody biblijne, natomiast, nie następowały po sobie na zasadzie przypadku, ale były efektem ewolucji, kiedy to dostrzegano granice jednego podejścia i potrzebę jego uzupełnienia.[3] Prawdą jest, że przez bez mała wiek metoda historyczno-krytyczna była dominującą. Jej zadaniem było zrekonstruowanie historycznych okoliczności, w których powstał tekst biblijny. Pytania przynależące do owego podejścia są jak najbardziej słuszne: kiedy został napisany dany tekst? przez kogo? w jakich okolicznościach? kto jest adresatem listu? itp. Dzięki temu podejściu stała się możliwa datacja NT, jak na przykład dzięki odkryciu notatki Galliona, prokonsula Achai z roku 51-52 po Chr. dzięki czemu można było datować 1 i 2 Kor, a także cały NT. W łonie metody historyczno-krytycznej zrodziła się krytyka źródeł (Source criticism), która brała pod uwagę różne możliwe źródła z tradycji ustnej czy pisemnej stanowiące bazę dla autorów biblijnych. Jak to z każdą metodą bywa, także krytyka źródeł posiada swoją chwalebną przeszłość. Słynny podział na cztery źródła pięcioksięgu (J-Jahwista, E-Elohista, D-deuteronomista, P-źródło kapłańskie) zawdzięczamy temu podejściu do lektury Biblii.[4] Nawet jeśli czasem stosowanie tej metody prowadzi do wątpliwych konkluzji, do dziś jest ona ważnym elementem pracy egzegetycznej.

            W łonie samej metody historycznej zrodziło się przekonanie, że w badaniu Biblii trzeba czegoś więcej. Nie oznacza to bynajmniej, że owa metoda zawiodła albo że jej rezultaty były bez znaczenia. Zdano sobie po prostu sprawę, że brakuje studiowania Biblii jako dzieła literackiego. Wraz z tą świadomością, Pismo Święte przestało być w pierwszym rzędzie „dokumentem” do badania naukowego, przedmiotem badań dla teologów, ale literaturą. Przecież, ewangeliści nie pisali traktatu filozoficznego, ale opowieść o Jezusie. Wielkie prawdy teologiczne zostały zamknięte w formie opowiadania. Zaczęto rozróżniać różne rodzaje literackie obecne w Biblii. Z tego połączenia metody historyczno-krytycznej, zwłaszcza krytyki źródeł i krytyki literackiej zrodziła się krytyka form (Formgeschichte), która rozpoczęła poszukiwanie czegoś, co wyrażamy słynnym terminem – „Sitz im Leben”. Nieodzownie łączą się te pojęcia z twórcą tej metody i wielkim erudytą, którym był Herman Gunkel. Ów romantyk (nie w sentymentalnym sensie tego słowa, ale przedstawiciel hermeneutyki romantycznej) podkreślał rolę intuicji, wrażliwości i piękna w czytaniu Biblii. „Egzegeza jest w najwyższym sensie bardziej sztuką niż nauką.” („Exegese im höchsten Sinne ist mehr eine Kunst als eine Wissenschaft”) – mawiał. W tym czasie analizowano przede wszystkim poszczególne opowiadania, perykopy w izolacji od całości dzieła. Pytaniem naczelnym było: do czego zapraszają czytelnika poszczególne fragmenty w Biblii w swojej szacie literackiej? Jakiej odpowiedzi, reakcji od czytelnika oczekują? Jaką strunę w naszym sercu i umyśle poruszają? “Wer Jesaja erkläre müsse träumen er sei Jesaja“(„kto objaśnia Izajasza, musi śnić, wyobrażać sobie, że jest Izajaszem”) – oto następny z aforyzmów Gunkla.

            Następnym krokiem w rozwoju egzegezy była krytyka redakcji (Redaction criticism). Formgeschichte jakby podświadomie traktowała autorów biblijnych jako „kolekcjonerów” opowieści, źródeł, z których korzystali. Krytyka redakcji zaczęła dostrzegać, że, przecież, istnieje pewna myśl ogólna, która spina w jedną, spójną całość poszczególne perykopy. Innymi słowy: autorzy biblijni byli autorami w pełnym sensie tego słowa. Nie zbierali tylko zasłyszanych informacji skądinąd, ale przekazywali swoją teologię. Aranżacja perykop w spójną całość jest ich autorskim projektem, dlatego należy poddać szczególne analizie te fragmenty Pisma, które noszą znamiona „redakcyjnej” działalności autora, by móc zobaczyć jego intencję, myśl przewodnią i teologię, którą wyznaje. Bardzo blisko krytyki redakcji jest intrygujące i dziwne słowo – narratologia. Jednakże, zamiast podawać definicję i teorie „narratologiczne” przejdźmy do czytani Biblii.[5]

Prezentacja Jezusa w świątyni– Łk 2,22-40

Scena ofiarowania w świątyni jest pięknym i jakby niedocenianym fragmentem ewangelii dzieciństwa.[6] Wersety 22-24 stanowią wprowadzenie do opowiadania. Szczególnie werset 22 nadaje ton całemu opowiadaniu:

Gdy potem upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu.

Wiemy od razu co jest celem, a w zasadzie celami podróży: oczyszczenie oraz przedstawienie Jezusa Panu, które jest celem nadrzędnym. Trudno jest zrozumieć, jednakże, co by mogło oznaczać „ich” oczyszczenie, ponieważ jakkolwiek oczyszczenie matki po porodzie od nieczystości rytualnej jest absolutnie zrozumiałe, to nie znajdujemy w Biblii ani jednego przypadku „oczyszczenia” pierworodnego syna albo ojca dziecka. Oczyszczenie matki dokonywało się w Jerozolimie, ale obecność dziecka nie była w tym momencie potrzebna. Poza tym, „ofiarowanie Jezusa”, a w sensie technicznym poprawnym terminem byłoby „odkupienie” (Wj 13,1-2.11-16; Lb 18,15-16; również termin na użycie oczyszczenia Maryi nie jest terminem technicznym) nie musiało się odbyć w Jerozolimie, ponieważ nie zawierało w sobie żadnego rytu świątynnego (co jest tym bardziej zdumiewające w kontekście w.27 „Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa”). Wymagało, natomiast, ofiary pięciu szekli, o której nie ma mowy w opowiadaniu, mimo że ewangelista wspomina o ofierze za oczyszczenie. Aby znaleźć odpowiedzi na te kwestie, czytelnik musi przebrnąć przez całość opowiadania. W każdym razie, przeczytawszy wstęp do narracji, oczekujemy dwóch rzeczy, które mają się dokonać zgodnie z Prawem Mojżeszowym: ofiarowania Jezusa Panu oraz oczyszczenia Maryi.

            Historia rozwija się zaskakująco. W następnych wersetach 25-35 główną postacią jest Symeon. W następnej scenie (ww. 36-38) dominuje inna postać przedstawiona pieczołowicie czytelnikowi- prorokini Anna. Zakończenie opowiadania (ww. 39-40) zapewnia czytelników, że wszystko dokonało się zgodnie z prawem Pańskim, cała rodzina wraca do Jerozolimy, Jezus wzrasta w łasce. Jednakże nie mamy oczekiwanego opisu ani rytu oczyszczenia, ani momentu prezentacji Jezusa. Mimo, że autor zapewnia nas, że wszystko dokonało się zgodnie z prawem Mojżeszowym aż pięć razy (3 razy we wprowadzeniu ww.22.23.24 oraz w.27 i w zakończeniu- w.39; jednak używa różnych określeń – prawo Mojżeszowe, Pańskie, zwyczaj prawa) nie zamieszcza opisu tego, co wydaje się najważniejsze. Czytelnik uważny może, zatem, zadać następujące pytania: dlaczego opowiadanie o prezentacji Jezusa nie zawiera w sobie opisu tego zdarzenia? Podobnie: dlaczego nie zawiera opisu oczyszczenia Maryi? Skoro autor tyle razy zapewnia, że wszystko dokonuje się zgodnie z prawem, dlaczego nie zamieszcza opisu tego zdarzenia, by ostatecznie nas zapewnić, że naprawdę tak było? Skoro wszystko jest zgodne z prawem, co oznaczają napięcia związane z przepisami prawa dotyczące wersetu 22 – kto ma być oczyszczony oraz co oznacza prezentacja Jezusa? W wersecie 39 jest napisane, że „wypełnili wszystko według prawa” – zatem, co wypełnili? Jaka jest rola „dominujących” postaci w narracji: Symeona i Anny? W jaki sposób ich działanie wiąże się z tematem prezentacji i oczyszczenia? Jaka jest relacja między posłuszeństwem wobec przepisów prawa a prezentacją i oczyszczeniem? Równie intrygującym pytaniem jest kwestia jeszcze bardziej zasadnicza: dlaczego prezentacja Jezusa jest umieszczona w kontekście oczyszczenia?

            Zwróćmy uwagę jak różne są te pytania od tych, których byśmy się spodziewali po innych metodach analizy. Nie zadajemy pytań historyczno-krytycznych: czy rzeczywiście tak było? czy jest to możliwe, że oczyszczenie matki jest powiązane z ofiarowaniem dziecka Panu? jakie w tym czasie obowiązywały przepisy prawa regulujące te kwestie? być może Łukasz nie znał ich dobrze? a może świadomie je zmodyfikował? czy jest możliwe, żeby jakaś prorokini przebywała często w świątyni jerozolimskiej? czy są takowe przykłady poza Biblią? czy mamy dane historyczne o postaci Symeona? etc.

Nie interesuje nas także krytyka źródeł z jej zainteresowaniami: skąd św. Łukasz czerpał informacje o zdarzeniu? z jakiej tradycji pochodzi hymn Symeona z ww. 29-32? czy pochodzi z tradycji ustnej czy jest kompozycją Łukaszową? czy mamy jakieś analogie w innych dziełach literackich biblijnych i pozabiblijnych? Czy proroctwo z ww. 34-35 jest dziełem redakcyjnym Łukasza czy może pochodzi z tradycji ustnej? Formgeschichte poszłaby krok dalej: Jeśli te fragmenty nie są Łukaszowe, co mówią nam o środowiskach, z których pochodzą- jakie Sitz im Leben posiadają? jaki był proces od ich powstania do zamieszczenia w ewangelii? jaki mają gatunek literacki? hymn Symeona pochodzi z tradycji prorockiej czy może z liturgii? do jakiej reakcji poszczególne fragmenty wzywają czytelnika? jak moglibyśmy zakwalifikować gatunek literacki całego opowiadania?

Krytyka redakcji podjęłaby temat z nieco innej strony: jaka myśl autora kryje się za jego redakcją poszczególnych elementów tradycji, które otrzymał? jakie charakterystyczne cechy jego teologii są obecne w opisywanym fragmencie? co łączy ten fragment z resztą ewangelii? jakie inne fragmenty odpowiadają tematycznie scenie ofiarowania Jezusa?

Nie zadajemy tych wszystkich pytań, bynajmniej nie dlatego, że są nieważne. W pewnym sensie w naszej dotychczasowej analizie, wykorzystywaliśmy przecież rezultaty badań innych metod badawczych. Nasze rozważania o oczyszczeniu i prezentacji Jezusa wiążą się z metodą historyczno-krytyczną. Kiedy dostrzegliśmy, że scena z Symeonem i druga z Anną posiadają swoją charakterystykę, postępowaliśmy wedle metod krytyki źródeł. „Refren” opowiadania- postępowanie zgodne z prawem, jest być może redakcją Łukaszową. Jednakże nie zajmowaliśmy się tymi kwestiami szczegółowo, ponieważ pytania „narracyjne” mają inny charakter. Dotyczą kwestii następujących: co jest głównym problemem w tekście do rozwiązania? jaki jest główny wątek poruszony w historii? jakie jest jego rozwiązanie? czy głównym wątkiem jest rozpoznanie postaci czy rozwiązanie problematycznej sytuacji (plot of resolution or plot of revelation)? jaka jest rola poszczególnych detali tekstu, czasu, miejsca akcji? jak są zaprezentowane postacie? które działanie jest najważniejsze? która postać jest najważniejsza? jakie jest znaczenie tekstu? co jest jego szczególną charakterystyką? Skoro został napisany posiada swoją wyjątkowość, która go wyróżnia od wszystkich innych perykop w ewangelii. W jaki sposób funkcjonuje ów fragment w micro- i macro-kontekście? jak jest powiązany tematycznie z ewangelią dzieciństwa Jezusa i z całym dziełem Łukasza?

Wróćmy do rozważań na temat Łk 2,22-40 i do pytania głównego: co jest prezentacją i oczyszczeniem? Owszem, Jezus jest przedstawiony Panu (czasownik grecki paristemi, w.22 oznacza: oddać do kogoś dyspozycji, zaprezentować, przedstawić, ofiarować, zademonstrować, a także być obecnym) ale także czytelnikowi. Symeon i Anna prezentują nam słowem i czynami kim jest Jezus. W pierwszych rozdziałach ewangelii Łukasza jest to najbardziej kompletna prezentacja, charakteryzacja Jezusa. Co więcej, jest to jedyny fragment w całym dziele, gdzie o Jezusie świadczą dwie postacie. Jest to też pierwszy fragment u Łukasza, gdzie misja Jezusa jest przedstawiona w sposób wyraźny jako misja uniwersalna, do wszystkich narodów. Jezus jest Mesjaszem, którego cechy są podane explicite, a także jego los proroka, który jest nie tylko rozpoznany, ale także odrzucony. Jest również oczyszczenie! Miecz, który przeszyje duszę Maryi może być interpretowany na wiele sposobów. Jednakże, jest formą oczyszczenia również, ale nie rytualnego. Maryja zostaje jakby „oczyszczona” z wyobrażeń na temat swego Syna. Wraz z nią również czytelnik rozumie od samego początku ewangelii, że mesjasz jest mesjaszem pokornym, a nie triumfującym politycznie wybawcą. Tym samym prezentacja Jezusa jest zarazem „oczyszczeniem” ludzkich wyobrażeń o Nim. Symeon i Anna mogą symbolizować oczekującego Izraela, Jezus jest wypełnieniem oczekiwań Starego Testamentu, jego przyjście jest „zgodne z prawem”, ale nie jest zgodne z tą interpretacją tego prawa, które Go odrzuciło. Być może z tego powodu św. Łukasz nie oddaje w stu procentach wiernie żydowskich zwyczajów oczyszczenia i prezentacji dziecka w świątyni. Ewangelista wykorzystuje jako tło prawo, Jerozolimę, świątynię, obrzędy żydowskie, czyli „esencję” ich religii, by pokazać dużo ważniejszą rzecz odnoście tego, kim jest Jezus. W Nim znajdujemy wypełnienie oczekiwań mesjańskich zgodnie z prawem, ale On sam zarazem jest Kimś większym niż samo prawo. Nie ma potrzeby opisywania rytu „ofiarowania” Jezusa w świątyni, ponieważ On od początku jest, był zawsze z Ojcem (wszak mówi o tym wprost w następnej scenie – Łk 2,49). Więź Jezusa z Ojcem jest ważniejsza niż akt ofiarowania (być może dlatego też nie ma mowy o ofierze pięciu szekli). Natomiast, co jest ważne – Jezus nie przyszedł obalić prawo, ale je wypełnić. Jest Mesjaszem wypełniającym prawo, ale zarazem opierającym się jego ówczesnej interpretacji.

Gdybym miał wskazać jedną naczelną regułę „narracyjną” byłoby to: „the narrative is the meaning”, opowiadanie jest znaczeniem. Innymi słowy, należy czytać tekst uważnie i nie szukać żadnego ukrytego sensu poza nim. Narracja tworzy pewien świat, w którym czytelnik powinien się dobrze orientować, czytać go wnikliwie. Jest niezwykle istotne, co jest opisane i jak jest opisane, co jest głównym problemem w tekście i co jest jego rozwiązaniem. Całość relacji między poszczególnymi elementami obecnymi w danej narracji składa się na sens opowiadania, który jest tym, co chciał nam przekazać autor, a także tym, co mówi do nas Pan Bóg.

Ponad wszelką wątpliwość, nasza wiara, teologia i Kościół potrzebują biblistyki, czyli po prostu rzetelnej refleksji na temat Słowa. To nie jest tak, że potrzebujemy „wlania ducha w trupa biblistyki”, jak to wynika z cytatu początkowego. Nie potrzebujemy również jakiejś syntezy duchowości z nauką. Potrzebujemy tego, o czym mówił ks. Krzysztof Grzywocz, że Kościół potrzebuje dobrej teologii, dobrej duchowości, dobrej psychologii, ale także dobrej biblistyki, które się wzajemnie warunkują. Bez tej ostatniej ryzykujemy zawsze nadmierną „spirytualizacją” Pisma. Z drugiej strony, oczywiście, nadmierna naukowość grozi wypłukaniem Słowa ze zbawczej treści. Żadna z metod analizowania Biblii, nie jest efektem mody panującej w danym momencie historycznym, ale wyrazem przekonania, że każda epoka posiada nowe wyzwania, na które trzeba odpowiedzieć. Z tego powodu różne metody biblijne powstające na przestrzeni dziejów, posiadają swoją ewolucję i rozwój, nieuniknione ograniczenia i niezaprzeczalne atuty. Również ostatnia z nich – narratologia, jest kolejnym etapem w lepszym rozumieniu tego, co Pan Bóg chce nam powiedzieć dzisiaj. Zatem: „nie bój się, Drogi Czytelniku, biblistyka nie jest straszna”.

ks. Wojciech Wasiak                                                                                    luty 2018


[1] G. Rafiński, Tajemnica osoby św. Pawła, Christianitas Antiqua vol. III (2010), 37.            

[2] Krótką notkę biograficzną ojca Lyonnet’a sporządził ks. prof. W. Chrostowski, który wypowiada się z wielką estymą o swoim profesorze:

http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Collectanea_Theologica/Collectanea_Theologica-r1991-t61-n2/Collectanea_Theologica-r1991-t61-n2-s175-177/Collectanea_Theologica-r1991-t61-n2-s175-177.pdf

[3] Por. M. A. POWELL, What is Narrative Criticism? (Minneapolis 1990).

[4] Obecnie, jednak, ta teoria jest mocno modyfikowana; por. J.L. Ska, Introduction to Reading the Pentateuch (Roma 2006), 127-161.

[5] Nie znam niestety żadnego podręcznika do narratologii biblijnej w języku polskim. Podaję, natomiast, podstawowe pozycje w języku angielskim i jedną we włoskim: R. Alter, The Art of Biblical Narrative (New York 1981); M. A. POWELL, What is Narrative Criticism? (Minneapolis 1990); D. F. TOLMIE, Narratology and Biblical Narrative: a Practical Guide (Atlanta 1998); J. L. SKA, Our fathers have told us (Roma 2000); J. L. RESSEGUIE, Narrative Criticism of the New Testament (Grand Rapids 2005); D. MARGUERAT – Y. VAN BOURQUIN, Per leggere i racconti biblici (Roma 2011). 

[6] Pierwsza monografia poświęcona w całości tej perykopie ukazała się dopiero w roku 2016 i jest doktoratem obronionym na Biblicum: A. G. SERRANO, The Presentation in the Temple. The narrative Function of Lk 2:22-39 in Luke-Acts (Roma 2016). Wbrew autorowi, skłaniam się do włączenia wersetu 40 do perykopy.

Nuty a muzyka

Zacznijmy od faktu błahego w myśl aforyzmu: „Jeśli twój dzień powszedni wydaje ci się ubogi, nie obwiniaj go; oskarżaj raczej siebie, że nie jesteś dość silny, by wydobyć jego bogactwa” (Rainer Maria Rilke). Niektóre wydarzenia mogę być dla nas symptomatyczne, mogą być symbolem, mówić więcej, znaczyć. Skoro analizujemy zdarzenia (nawet z pozoru błahe) z życia Jezusa i doszukujemy się w nich głębszych znaczeń oznacza to, że rzeczywistość niesie w sobie pewne przesłanie i życie mamy wprzódy analizować. Ewangeliści nie pisali podręczników teologii, a bynajmniej mogli. Pisali historię życia Jezusa, by pokazać, że w pozornie drobnych szczegółach codzienności zaklęte są dla nas miriady znaczeń jak gwiazdy na nocnym niebie. Może dlatego właśnie Bóg mówił do Abrahama w stosownym momencie: spójrz w niebo, policz gwiazdy, oderwij się od szczegółów życia na ziemi i zobacz, ile może być jeszcze ukrytych znaczeń tego, co się dzieje. Mędrzec, wedle Biblii, ma przecież zgłębiać rzeczy przeszłe, spoglądać wstecz, rozważać i w ciągłych refleksji nawrotach, tkać matrycę mądrości życiowej. Takiemu właśnie, prostemu rozważaniu małych, niepozornych rzeczy, niniejszy tekst poświęcony będzie.

Kiedyś, za młodu, uczyłem się gry na keyboardzie. Do tej pory nie umiem grać na tym instrumencie, ale nie to jest istotne. Uczyłem się w sposób osobliwy. Otóż zamiast starać się „słuchać”, „czuć muzykę”, kurczowo trzymałem się nut. Dla mnie, wtedy, muzyka była tylko ciągiem znaków na pięciolinii wygranym w odpowiedniej kolejności. Potrafiłem zagrać nawet dość długi utwór, pamiętając sekwencję dźwięków. Nijak to się przełożyło na „czucie” muzyki, to znaczy na poznanie interwałów, dystansu między dwoma dźwiękami, nie mówiąc już o jakiejkolwiek formie improwizacji. Potrafiłem odegrać melodię tylko i wyłącznie w wyuczonej wcześniej formie. Gdy zapominałem sekwencję nut, nie mogłem już nic zagrać, mimo tego, że melodia dźwięczała mi w uszach. (I żeby uczynić rzecz jeszcze ciekawszą: wyobraźmy sobie osobę, która jest na tyle uzdolniona, że może spokojnie „grać ze słuchu”, a kurczowo trzyma się nut z jakichś powodów. Oto paradoks, który dotyczy wielu ludzi: wszyscy możemy czuć muzykę, słuchać natchnień Ducha, a gdy tylko z różnych przyczyn kurczowo trzymamy się nut, czyli prawidłowych ze swej natury zasad, to stajemy się wyrobnikami, a nie mistrzami życia. Ale nie uprzedzajmy faktów.)

„Najpierw muzyka, potem nuty” głosi powiedzenie Riccardo Mutiego. Muzyka jest czymś więcej niż ciągiem nut. Spróbujmy wmyśleć się w tę sekwencję, a nic tak nie ułatwia myślenia, jak refleksja nad epizodami życia.

Kiedyś, dawno dawno temu oglądałem, gdy jeszcze kanał TVP Kultura przeżywał okres swojej świetności (nie wiem doprawdy, czy jeszcze dziś istnieje), ciekawy reportaż na temat spotkania wielkiego i szanowanego pianisty Krystiana Zimermana z młodymi adeptami Akademii Muzycznej w Poznaniu. Lekcja poglądowa przebiegała następująco: po kolei każdy ze studentów grał wybrany przez siebie utwór, by móc później wysłuchać opinii mistrza na temat swojej gry. Utkwił mi w pamięci jeden komentarz ze strony wielkiego pianisty. Otóż po wygraniu kolejnego utworu przez pewnego studenta, wirtuoz dixit: „pięknie! widać twą biegłość, znajomość utworu, ale brakuje mi jednak jednej rzeczy. Brakowało mi pauz, podkreślenia przerw między dźwiękami. Gdybyś tak mógł zagrać teraz same pauzy.” Pauzy? Zagrać same pauzy? Jak można zagrać same pauzy? Przecież pauza to brak dźwięku, interwał, przerwa, cisza, możliwa do wychwycenia tylko wtedy, gdy znajduję się pomiędzy brzmieniem dwóch nut! Jak można zagrać bez-dźwięk?

Lekko skonfundowany młodzieniec potraktował zadanie serio. Zasiadł jeszcze raz przy pianinie i przez pewien czas grał same pauzy, nie dotykając oczywiście klawiatury.

Powyższa anegdota może być dla nas pouczająca na wiele sposobów; jeszcze będzie okazja, by do niej wrócić. Dla nas tylko jedna refleksja będzie istotna: melodia jest splotem dźwięku i ciszy, jest grą, wzajemnym przenikaniem tego, co ma wybrzmieć, z tym, co ma pozostać milczeniem. Muzyka nie ma za zadanie zapełnić ciszę, walczyć z nią albo wyrwać dźwięki z niebytu. Muzyka jest światłocieniem brzmienia i milczenia, rozpiętym między wyniosłą gamą barw wysokiego C a punktem zerowym magicznej ciszy wielorakich znaczeń.

Pewnego rabina zapytano kiedyś: „jak rozumieć ten fragment Biblii?” Odpowiedział: „a co widzisz na kartce?” „Litery”- odparł. „Zatem przyjrzyj się dokładnie, bo między literami jest jeszcze biała przestrzeń i ty właśnie musisz ją wypełnić.” W każdym tekście są litery, jest to, co powiedziane (wyraz aktywności autora) i to, co przemilczane (wymaga aktywności czytelnika). Tak jak zapis nutowy staje się muzyką dopiero wtedy, gdy ktoś gra, tak samo dzieje się z tekstem- zaczyna coś nam mówić, gdy go czytamy, interpretujemy (bo każde, nawet najbardziej literalne czytanie jest już interpretacją). Tekst staje się przesłaniem, a Słowo staje się życiem, gdy porzucając uporczywość liter, staramy się wkroczyć w świat, który powoli odkrywa się dla nas w przestrzeniach między wyrazami.

Zatem muzyka nie jest sekwencją nut (jak to sobie mogłem jako chłopak wyobrażać), ale melodią złożoną z dźwięku i z ciszy. Gdy Abraham wpatrywał się w gwiazdy, nie wiemy co myślał (w ogóle postaci biblijne są przedstawione dość „płasko”- nie mamy zbyt wielu zapisów ich życia wewnętrznego, nie mają pamięci, a gdy narrator decyduje się opisać poruszenia duszy, przechodzi do poezji, np. Rdz 2:23 i 4:23-24). Autor nie zająknął się o tym ani słowem. Jest luka w tekście, raczej zamierzona. Zatem to my, czytelnicy, słuchacze Słowa musimy tę lukę wypełnić. Nuty już nie wystarczają, musimy wsłuchać się w melodię; litery przekazały wszystko, co mogły sobą wyrazić, pora wniknąć w przestrzenie pomiędzy nimi. Z Rdz 15:6 wiemy, że Abraham uwierzył. Ale czy liczył gwiazdy, jak mu Pan polecił? Czy zwrócił uwagę na jakąś szczególną? Myślał o przyszłych potomkach? o Sarze? A może zaczął toczyć spokojnie refleksję. I myślał o Słowach, o Słowach Wielkiej Obietnicy. Może poczuł wolność, oderwał się od krępującej koncentracji na literach, spojrzał wyżej, wysoko, a z gwiazd spłynęły mu ławice obrazów. Być może pławił się w bogactwie możliwości: „a może tak się to stanie, albo inaczej, nieważne, ale stanie się, Słowo się spełni”. Może Abraham zobaczył jak śmieszny jest jego strach (Rdz 15:1). Może powoli przestawał się lękać, nabrał sił i uwierzył w miłość rozpostartą nad Abrahamem tak, jak gwiazdy rozrzucone są na niebie. Może oderwał się od namiotu stojącego za nim, od ziemi, słów, przyziemności, przywiązania i poczuł się wolnym, niejako mieszkańcem nieba, wezwanym przez Pana Przestworzy, który każdej gwieździe właściwe jej miejsce wyznaczył. Może poczuł się wielkim, kochanym, godnym przyjęcia Obietnicy. Może spojrzał na najbardziej świecącą gwiazdę i poczuł jak jego serce ożywa, nabiera nadziei. I uwierzył.

Gdyby papier przekazywał dźwięk, pisałbym te słowa szeptem: „… Człowieku … i Ty jest wielki, i w Twoim życiu dzieją się rzeczy niezwykłe. W małych i niepozornych szczegółach naszego życia zaklęte są skarby, jak w szkatułkach i jest też muzyka, ilekroć wzbijamy się ponad uciążliwość nut, słów i rzeczy. Ty także masz swój, przykuty do ziemi namiot, przed który trzeba wyjść i wyprostować obolałe skrzydła. I nad Tobą są gwiazd obłoki, których świetlista poświata aż za horyzont naszych spraw powszednich spojrzeć nam pozwala. I Ty jesteś Dzieckiem Obietnicy.”

Rzym, jesień 2015