Pani Małgorzata
„Wadliwa” Kostrzewska była kioskarką. Jeśli ktokolwiek miałby ją opisać jednym
zdaniem, to powiedziałby, że miała niewątpliwie szereg wad. Posiadała ich taką
ilość, że nie mogła ich niczym zasłonić i zawsze, gdy wychodziła na ulicę, wady
wprost wyłaziły z jej butów, spod koszuli, spod spodni i kapelusza, tworząc za
nią swoisty dywan, za którym zawsze na ulicy wodziły zdziwione spojrzenia.
Opinia publiczna okrzyknęła ją mianem „Wadliwej” i od tamtej pory w środowisku
kioskarek miejskich, do którego należała, tak właśnie ją nazywano.
Pani Małgorzata nie
mogła się z tym pogodzić i postanowiła zrobić wszystko, co w jej mocy, by stać
się zwykłą, normalną częścią społeczeństwa. Już wielokrotnie próbowała pozbyć
się swych niechcianych przymiotów, lecz ich ogrom był przytłaczający – zresztą
stanowisko opinii publicznej w tej sprawie określono bardzo jasno: pani
Małgorzata nie ma szans na pozbycie się swych wad. Jednak ona nie poddawała
się! Nie mogła przecież pozwolić na to, żeby jej środowisko, jak i całe
społeczeństwo dumnie paradowało w modnych fryzurach i kreacjach, niosąc ze sobą
najnowsze rozrywki i sposoby spędzania czasu wolnego, najświeższe style
zachowania i wytyczne etyczne, zatem – całość życia osobistego i społecznego –
w czasie, gdy ona stałaby obok i w niczym nie mogłaby uczestniczyć. To byłoby
dla niej najgorsze, dlatego postanowiła ukryć swoje wady.
Długo próbowała
bezskutecznie, jednak pewnego jesiennego dnia zobaczyła reklamę producenta
zasłon do okien – firmy „Zaspol”, brzmiącą następująco:
„Jeśli posiadasz wad
masę,
naszą zasłonę włóż na
się”.
Pani Małgorzata
czytała ten napis w skupieniu i pomyślała, że takiej zasłony właśnie szukała.
Następnego dnia pobiegła do salonu firmy „Zaspol” i wybrała najnowszy model
zasłony o swojsko brzmiącej nazwie: „Ciuciubabka”. Była to bardzo modna zasłona
w najnowszym kolorze ognistej czerni, pięknie wyhaftowana, do używania podczas
każdej pogody i do tego z roczną gwarancją. Pani Małgorzata była niezwykle
zadowolona z nowego nabytku i miała nadzieję, że teraz szczelnie zasłoni swoje
wady, dzięki czemu pozbędzie się kompromitującego w oczach opinii publicznej
przydomka „Wadliwa”.
Już następnego dnia
pani Małgorzata skrupulatnie okryła się „Ciuciubabką” i po wyjściu na ulicę
zauważyła znaczny spadek liczby zdziwionych, wodzących spojrzeń! Droga do
kiosku była dość długa i wyboista, a mimo tego nie posłano na spacerującą żadnego,
zdziwionego czy też jątrzącego spojrzenia – „Wadliwa” skutecznie zakryła swoje
wady! Po dotarciu do kiosku nie było już żadnych wątpliwości dla opinii
publicznej: niemożliwe stało się możliwe, pani Małgorzata – wcześniej zwana
„Wadliwą” – pozbyła się swoich wad! (Tym, czytelnikom, których może dziwić
łatwość zmiany stanowiska opinii publicznej w tejże sprawie, pragnąłbym
wyjaśnić, że niezagłębianie się we wszelkie aspekty życia osobistego jest
charakterystyczną cechą postępowania ogółu i nie powinno ono dziwić w omawianym
przypadku).
Jednakże pani
Małgorzata nie ulegała zbytniej euforii. Wiedziała bowiem, że dopiero
środowisko kioskarek miejskich będzie ostateczną instancją w jej sprawie i
właśnie ono wyda ostateczny werdykt. Nasza bohaterka była logicznie myślącą
kobietą i wiedziała, że tym razem nie będzie łatwo, albowiem wszystkie
kioskarki, dzięki swej profesji, praktycznie przez cały dzień rzucały wodzące,
szczypiące i przewiercające spojrzenia na wszystkich przypadkowych przechodniów
ze swojego dobrze usytuowanego punktu obserwacyjnego, jakim niewątpliwie był
kiosk. Powodowało to, że ich spojrzenie stało się tak przewiercające, iż bez
problemów mogły one dojrzeć nawet mikroskopijne wady obiektów, na jakie
patrzyły. Ludzie nie mogli ich ukryć, gdyż przewiercalność oczu kioskarek
wyewoluowała do takiego stopnia, który pozwalał im przewiercać prawie wszystkie
ubrania, dzięki czemu niepozorne sprzedawczynie gazet uplasowały się w ścisłej
czołówce przewiercalności oczu kobiecych. Wyprzedzały je tylko dentystki, które
z racji zawodu, przewiercały osoby również od wewnątrz, a czasem nawet ich
zęby.
Krótko mówiąc: panie kioskarki opanowały do
perfekcji szybką i niewymagającą dużego wysiłku metodę oceniania człowieka
tylko za pomocą oczu. Kioskarka, która chciała przewiercić wzrokiem daną osobę,
siadała absolutnie na solidnym krześle, a niektóre bardziej doświadczone mogły
dokonać przewiercenia stojąc, aczkolwiek, musiały to robić również absolutnie i
mieć silne nogi, gdyż mocne podstawy przewierceń wzrokowych były potrzebne do
udźwignięcia ołowiu sypiącego się ze świdrujących oczu. Jednakże druga metoda
nie była zbyt często preferowana, gdyż bardzo łatwo można było dostać od niej
żylaków. Stąd właśnie dzięki stosowaniu pierwszego sposobu, kioski są takie niskie,
a okienka do wydawania gazet znajdują się na wysokości oczu kioskarki siedzącej
absolutnie.
Jeśli wyżej wymieniona postawa zostanie
przyjęta, należy pamiętać o rękach. Nie można nimi wymachiwać, czegoś nimi
chwytać lub, broń Boże, obsługiwać klienta. Aby ręce nie przeszkadzały, można
trzymać je na kolanach, ale najczęściej są one zgięte w łokciach i założone na
sobie. Usta natomiast, powinny być ściągnięte i napięte, oddech dość płytki,
powieki lekko opuszczone, by nie mrugać nimi w najmniej nieodpowiednich
momentach. Całe ciało musi być zwarte i skupione. Podczas wzmożonego
przewiercania można zauważyć harmonijne drgania głowy i włosów kioskarek oraz
bardzo napiętą twarz koloru intensywnej czerwieni.
Tak więc pani Małgorzata miała się czego obawiać
i doskonale wiedziała o tym, jednakże wierzyła w skuteczną jak dotąd
„Ciuciubabkę”. Poza tym, cóż innego jej pozostało? Przecież to była jej szansa,
wreszcie, ta upragniona i oczekiwana, wytęskniony moment, by zmyć z siebie
powłokę wad i stać się wreszcie nie outsiderem, pośmiewiskiem wytykanym
palcami, ale normalną, pełnoprawną częścią grupy, „jedną z…”, kimś, obok kogo
można usiąść na ławce, porozmawiać i… polubić.
Środowisko kioskarek miejskich miało to do
siebie, że uwielbiało wręcz spotykać się „na herbatce”, gdzie lubiano wymieniać
swoje obserwacje, młodszym kioskarkom przekazywać doświadczenie, dokonywać
charakterystyk zarówno środowiskowych, jak i indywidualnych oraz czasami
przeprowadzać analizy charakterologiczne postronnych osób zaproszonych właśnie
„na herbatkę” (doprawdy, niech nas nie zwiedzie niewinna ta nazwa…). Na
następne spotkanie u pani Lucyny Banikowskiej zwanej „Sokole Oko” zaproszono
panią Małgorzatę, która już od dawna nie była proszona na takie imprezy przez
swoje własne środowisko, ale tym razem fama o jej przemianie stała się dla
kioskarek nazbyt dojmująca. Trzeba było sprawę wyjaśnić!
Mieszkanie pani Banikowskiej idealnie
nadawało się do różnego typu przewierceń, a i sama jego właścicielka nie
przypadkiem otrzymała pseudonim „Sokole Oko”. Zainstalowano w tym apartamencie
nie tylko bardzo dobre oświetlenie i solidne krzesła, ale przede wszystkim
ogromne znaczenie miało specjalne umiejscowienie korytarza i odpowiedni
taboret. Panie kioskarki po zajęciu miejsc na solidnych krzesłach miały
doskonały widok na ciągnący się w nieskończoność korytarz. Osoba, która weszła
do mieszkania, aby dojść do przeznaczonego dla niej taboretu, tenże długi
korytarz musiała przemierzyć samotnie. Podczas tego marszu panie kioskarki
zbierały niezbędne dane do analizy charakterologicznej wchodzącego człowieka.
Pani Małgorzata wiedziała o tym i dlatego szczelnie okryła się „Ciuciubabką”.
Przez całą drogę do mieszkania pani Banikowskiej była bardzo skupiona i gotowa
na każdą ewentualność. Starała się rozluźnić, pomyśleć o rzeczach
niezobowiązujących, błahych, ale jak miała to zrobić, skoro za chwilę wszystko
miało się rozstrzygnąć: cała jej przyszłość w naszym społeczeństwie? Tymczasem
dość szybko odnalazła wskazany adres i zapukała do drzwi, po czym usłyszała
dość żwawe kroki, a po chwili dźwięcznym tonem wypowiedziane: „otwarte!”
Po przejściu przez próg, świeżo upieczona
fanka zasłon do kobiet zobaczyła to, czego się spodziewała, czyli całe
środowisko kioskarek miejskich siedzące na solidnych krzesłach i nie muszę
chyba dodawać, że wszystkie siedziały absolutnie. Wciąż „Wadliwa” szła
spokojnie przez wydłużający się korytarz tak cicho, że słychać było płytki,
wymagany przy przewierceniach wzrokowych oddech: szSZszuu…, szSZuuu…,
szSZuSzzuuuusZS…, SZSZSUdsefzdZd… szojzdzdSZdzifscnscd… i mniej więcej tak w
nieskończoność. Sytuacja była niewątpliwie niebezpieczna dla pani Małgorzaty,
gdyż pojedynczy wzrok kioskarki jest niczym w porównaniu ze wzrokiem
środowiska, dlatego teraz „Wadliwa” musiała się dodatkowo parać z presją
środowiskową i nie było innego sposobu, jak tylko ją udźwignąć. Stąd chód pani
Małgorzaty stał się bardzo ciężki, czuła na sobie przyciskającą do podłogi,
ogromną presję. Przeważnie spod jej ciężaru wychodziły na jaw wszystkie odchylenia
od norm: słabość, malutkość, aśrodowiskowość i chorągiewkowatość jednostki.
Jednakże, tym razem spod szczelnego pancerza „Ciuciubabki” nic niepożądanego na
wierzch nie wyłaziło, żadna niedoskonałość ani jedna ułomność, żadna wada! Pani
Małgorzata dzielnie opierała się wodzącym spojrzeniom, zachowując fason.
Najtrudniejsze jednak miało dopiero nadejść.
Po początkowym niepowodzeniu kioskarki
wzmogły intensywność przewierceń. Nie ustawały teraz w harmonijnym ruchu głów,
miarowym oddechu, a twarze ich było już soczyście czerwone. Podczas gdy prawie
wszystkie nerwowo dygotały na solidnych krzesłach, ołowiany ich wzrok próbował
wydobyć na wierzch, pokazać, udokumentować wszystkie wady panimałgorzatowe. W
powietrzu aż świszczało od przewierceń. Teraz miało się wszystko rozstrzygnąć:
wady czy brak wad, ocena pozytywna czy negatywna, odspołecznienie czy
uspołecznienie i wreszcie „Wadliwa” czy „Niewadliwa”. Na razie wszystko
wskazywało na „Niewadliwą”. Pani Małgorzata była już bardzo blisko taboretu, a
cudowny artefakt „Ciuciubabka” nadal był bardzo szczelny. Już tak wiele jej
zawdzięczała, a teraz była o krok od pełnego sukcesu. Cudowny artefakt… A może
była to zasługa narodzonej wraz z jego nabyciem ufności we własne siły? W
każdym razie, jeśli ktoś usiadł na taborecie to znaczyło to, że przeszedł
analizę pomyślnie, ale nie tym razem, ponieważ pamięć o niezmierzonym dywanie
wad pani Małgorzaty była w środowisku zbyt świeża. Toteż nie było mowy o
zwyczajowym procesie przewiercenia i dla wszystkich stało się jasne, że albo
delikwentka zostanie wreszcie zmorzona wywieranym naciskiem, albo dojdzie do
tragedii.
Pani Małgorzata, cała spocona od dźwigania
presji, z niewysłowionym trudem i bólem doszła do taboretu, po czym z cichym
świstem zwaliła się na niego. Siedziała teraz całkiem oszołomiona z
wycieńczenia, dzielnie odpierając ataki przewiercających oczu kioskarek; na
spojrzenia wiercące odpowiadała spojrzeniem możliwie łagodnym, na jątrzące choć
minimalnie serdecznym, na wichrzycielskie całkiem delikatnym. W każdym razie
nie mogła już żadnego spojrzenia ignorować dłużej, na każde musiała odpowiednio
zareagować. Napięcie sięgało apogeum: czy harmonijne drganie całego środowiska
pokona wreszcie nieprzeniknioną zbroję „Ciuciubabki”? Pani Małgorzata
wiedziała, że dłużej tego nie wytrzyma, dlatego ostatkiem sił zbiła się w
sobie, ostatecznie zsyntetyzowała wszystkie części ciała i jątrzącym wysiłkiem
woli zdobyła się na decydujące, dobitne uniesienie: spokojnie, jak gdyby nigdy
nic, swobodnym ruchem ręki odgarnęła włosy do tyłu.
To ostatecznie podłamało kioskarki, które nie
wytrzymały napięcia i klęski presji środowiskowej. „Ciuciubabka” zbyt szczelnie
zakryła wady pani Małgorzaty, by móc cokolwiek zobaczyć, a od zbyt długiego i
intensywnego przewiercania większość kioskarek doznała wytrzeszczu oczu i z
objawami nadmiernego wyeksploatowania całej gałki ocznej ze wskazaniem na
siatkówkę została przewieziona do szpitala. Ich życiu nie zagrażało, jednak,
niebezpieczeństwo.
Po tym zdarzeniu środowisko kioskarek
miejskich zaakceptowało przemianę pani Małgorzaty i uznało ją w pełni znaczenia
tego słowa za osobę normalną i bez widocznych wad. Czasami tylko któraś z
kioskarek, nie mogąc powstrzymać swej natury, rzuciła od czasu do czasu
jątrzące lub wodzące spojrzenie. Jednakże, pamięć o tamtym sławetnym
przewierceniu w mieszkaniu pani Banikowskiej, o którym starano się za bardzo
nie wspominać w towarzystwie, pozostała bardzo żywa i starano się odtąd za
wszelką cenę uniknąć kolejnego pobytu w szpitalu. Toteż rzucano, owszem, różne
spojrzenia za panią Małgorzatą sporadycznie i mimowolnie, ale absolutnie nikt
nie próbował nawet rozpoczynać procesu przewiercania. Nawet pani Lucyna „Sokole
Oko” unikała angażowania któregokolwiek ze swoich ocząt w jakąkolwiek aktywność
spojrzeniową w ogóle, a przy pani Małgorzacie zwłaszcza. Zresztą, wydaje się,
że pani Lucyna najbardziej odczuła skutki owego, nadmiernego przewiercenia i w
zasadzie można już było nadać jej nowy pseudonim: „Bawole Oko”, a tylko
szacunek dla koleżanki nakazywał pozostanie przy poprzednim. Natomiast od
pamiętnego zwycięstwa pani Małgorzaty, nikt nie używał dawnego jej przydomka,
ale nowy: „nieWadliwa”.
Przez całą jesień, zimę i wiosnę pani
Małgorzata używała „Ciuciubabki” i jej status w środowisku rósł nawet, ponieważ
była osobą całkiem inteligentną. Jednakże przyszło lato i kioskarki postanowiły
po roku ciężkiej pracy wyjechać na wakacje nad morze, oczywiście wraz z panią
Małgorzatą. Całe środowisko wybrało się do Sopotu i już pierwszego dnia pobytu
w kurorcie postanowiło popływać w morzu. „NieWadliwa”, niczego złego się nie
spodziewając, postanowiła jako pierwsza wejść do wody, naturalnie cały czas
mając na sobie „Ciuciubabkę” i oto stała się rzecz przerażająca! Pani
Małgorzata po dziewięciu minutach pływania, gdy wyszła na brzeg, miała
wszystkie swoje wady na wierzchu! Najwyraźniej cudowna „Ciuciubabka” przemokła
podczas kąpieli i przestała działać jak wcześniej.
Kioskarki nie musiały nawet rozpoczynać
procesu przewiercenia, wady pani Małgorzaty wyrastały na niej jak grzyby po
deszczu. Kontynuując tę metaforę: były to wielkie muchomory, tak czerwone, że
raziły znakomity wzrok pań kioskarek. Gdy po chwili „Ciuciubabka” przestała
działać zupełnie, wady – tak długo skrywane – były widoczne już bez żadnej
osłony! Proszę sobie wyobrazić, jak bardzo musiały one razić niezwykle
wyczulony wzrok biednych pań kioskarek. Jednakże część z nich miała szczęście.
Te, które miały założone okulary przeciwsłoneczne i te, które w pierwszej
chwili zemdlały, nie odniosły poważniejszego uszczerbku na zdrowiu. Wszystkie
inne – tak bardzo wstrząśnięte – przewieziono do szpitala z podejrzeniem
wstrząsu psychicznego lub udaru słonecznego, ale ta diagnoza nie wydaje się
słuszna. Na szczęście, wszystkie kioskarki zostały uratowane przez zespół
lekarzy z Sopotu, którzy już nie raz borykali się ze wstrząsami od przewierceń
na plaży. Prosili oni także, aby przekazać następujący komunikat: „jak zawsze,
tak i teraz zaleca się zachowanie szczególnej ostrożności podczas przewierceń
plażowych w okresie letnim”.
Po tym zdarzeniu pani Małgorzata znowu
otrzymała przydomek „Wadliwa” i od razu straciła wysoki status w środowisku
kioskarek miejskich. Jej frustracja była tak duża, że postanowiła napisać list
do prezesa firmy „Zaspol”, która to w międzyczasie dodała do swej nazwy:
„producent zasłon do okien i do kobiet”. W liście domagała się ona
zadośćuczynienia, ponieważ gwarancja na „Ciuciubabkę” obejmowała cały rok, a do
końca terminu pozostały dwa miesiące. Tymczasem zasłona po zamoczeniu przestała
działać. W razie nieuwzględnienia prośby zagroziła, że poda firmę do sądu.
W odpowiedzi, po zapoznaniu się bardzo
wnikliwie ze sprawą, prezes firmy „Zaspol” napisał, że roczna gwarancja zasłony
dotyczyła tylko i wyłącznie stosowania produktu w warunkach atmosferycznych
przeznaczonych dla zasłon, a wyrób nie był wodoodporny. Z tego powodu firma
„Zaspol” nie może przyjąć odpowiedzialności za poniesione straty i oczywiście
nie zapłaci odszkodowania. List kończył się złośliwym i jakby niepasującym do
całej sprawy stwierdzeniem, że kobieta nie powinna opierać swojej wartości na
powabach ciała.
Pani Małgorzata znów „Wadliwa” Kostrzewska
była tak wstrząśnięta powyższą odpowiedzią, że doznała wstrząsu psychicznego i
przewieziono ją do szpitala. Po długiej rehabilitacji kioskarka nie wróciła już
do pracy w zawodzie, ale od razu przeszła na emeryturę. Odtąd jej manią stało
się skonstruowanie zasłony do kobiet wodoodpornej, co czyniła z wielkim
oddaniem i sumiennością. Kiedy już skonstruowała takową zasłonę, miała sporo
lat i była prawdziwą emerytką miejską. Byłe środowisko kioskarek miejskich
przekształciło się teraz w środowisko emerytek miejskich i zmieniło normy
społeczno-obyczajowe. W świetle tych norm zachowanie pani Małgorzaty było już
bardzo anormalne, dlatego nie powinno dziwić, że otrzymała nowy przydomek:
„Anormalna”. Albowiem nie pozostało już nic z dawnej inteligencji pani
Małgorzaty, ponieważ przez lata konstruowania zasłony jej myśl stała się
zupełnie jałowa, a teraz w środowisku emerytek miejskich liczyła się właśnie
myśl.
Resztę życia pani „Anormalna” Kostrzewska
próbowała wynaleźć opaskę na głowę do kobiet, która szczelnie zakryłaby
jałowość myśli kobiecej, ale niestety zmarła przed zakończeniem prac i jałowość
myśli kobiecej nadal nie ma dość dobrej opaski, jaka mogłaby ją skutecznie
zasłonić! Z socjologicznego punktu widzenia jest to bardzo niepokojące zjawisko
i dlatego powinno się niezwłocznie podjąć wszelkie próby ocalenia myśli
kobiecej. Niewątpliwie, trud ten mogliby podjąć mężczyźni – oczywiście, o ile
wcześniej uporaliby się z jałowością myśli męskiej, co wydaje się równie
karkołomnym przedsięwzięciem. Stąd apel do wszystkich kobiet i mężczyzn, aby
podjęli natychmiastowe próby uratowania naszej myśli społecznej!
x Wojciech Wasiak
napisane kiedyś, nie później niż w 2005 r.,
prawdopodobnie w 2002 r.