„Wszystko zaczyna się od ziarna”
– ot jedno ze zdań
które może powtórzyć nawet dziecko
Ale…
skoro jest to zdanie oczywiste
to dlaczego nie potrafimy docenić:
przelotnych mgnień duszy
małych nieopierzonych myśli
chwil ciszy spędzonych na modlitwie
jednej litery napisanej z miłością
liści spadających prosto w ręce
???
Znany jest także inny komunał
„Każdy początek jest trudny”
zatem, czemu się wstydzimy:
dziwacznych i głupich pomysłów młodzieńczych
pierwszego poematu, który wylądował w koszu
niezdarnego pierwszego pocałunku
pokracznych ruchów na ziemi nieznanej
pierwszej Straty, która zabolała niemiłosiernie
???
Tata mawiał:
(gdy nie mogłem sobie poradzić z jakimś wyzwaniem)
„jak już tego w końcu się nauczysz, to będzie to dla ciebie proste”
gawiedź podziwia cyrkowego linoskoczka,
mimo że on sam wykonując tę samą akrobację po raz setny,
już się nią męczy – z rutyny, marazmu, nudy
Wszakże
„twardość i siła to towarzysze śmierci
zwiewność i słabość są przejawami życia”
bo
„w chwili narodzin człowiek jest słaby i wiotki
w chwili śmierci – twardy i sztywny”
chciałbym wciąż nieumieć wielu rzeczy
a później
pojąć tę jedną Najważniejszą,
by móc spokojnie umierać
Wiersza początek: 2017 – koniec: 2023
(Rzym) (Żegrze)
Miesiąc: wrzesień 2023
Historia pani Małgorzaty Kostrzewskiej zwanej najpierw „Wadliwą”, a później „Anormalną”
Pani Małgorzata „Wadliwa” Kostrzewska była kioskarką. Jeśli ktokolwiek miałby ją opisać jednym zdaniem, to powiedziałby, że miała niewątpliwie szereg wad. Posiadała ich taką ilość, że nie mogła ich niczym zasłonić i zawsze, gdy wychodziła na ulicę, wady wprost wyłaziły z jej butów, spod koszuli, spod spodni i kapelusza, tworząc za nią swoisty dywan, za którym zawsze na ulicy wodziły zdziwione spojrzenia. Opinia publiczna okrzyknęła ją mianem „Wadliwej” i od tamtej pory w środowisku kioskarek miejskich, do którego należała, tak właśnie ją nazywano.
Pani Małgorzata nie mogła się z tym pogodzić i postanowiła zrobić wszystko, co w jej mocy, by stać się zwykłą, normalną częścią społeczeństwa. Już wielokrotnie próbowała pozbyć się swych niechcianych przymiotów, lecz ich ogrom był przytłaczający – zresztą stanowisko opinii publicznej w tej sprawie określono bardzo jasno: pani Małgorzata nie ma szans na pozbycie się swych wad. Jednak ona nie poddawała się! Nie mogła przecież pozwolić na to, żeby jej środowisko, jak i całe społeczeństwo dumnie paradowało w modnych fryzurach i kreacjach, niosąc ze sobą najnowsze rozrywki i sposoby spędzania czasu wolnego, najświeższe style zachowania i wytyczne etyczne, zatem – całość życia osobistego i społecznego – w czasie, gdy ona stałaby obok i w niczym nie mogłaby uczestniczyć. To byłoby dla niej najgorsze, dlatego postanowiła ukryć swoje wady.
Długo próbowała bezskutecznie, jednak pewnego jesiennego dnia zobaczyła reklamę producenta zasłon do okien – firmy „Zaspol”, brzmiącą następująco:
„Jeśli posiadasz wad masę,
naszą zasłonę włóż na się”.
Pani Małgorzata czytała ten napis w skupieniu i pomyślała, że takiej zasłony właśnie szukała. Następnego dnia pobiegła do salonu firmy „Zaspol” i wybrała najnowszy model zasłony o swojsko brzmiącej nazwie: „Ciuciubabka”. Była to bardzo modna zasłona w najnowszym kolorze ognistej czerni, pięknie wyhaftowana, do używania podczas każdej pogody i do tego z roczną gwarancją. Pani Małgorzata była niezwykle zadowolona z nowego nabytku i miała nadzieję, że teraz szczelnie zasłoni swoje wady, dzięki czemu pozbędzie się kompromitującego w oczach opinii publicznej przydomka „Wadliwa”.
Już następnego dnia pani Małgorzata skrupulatnie okryła się „Ciuciubabką” i po wyjściu na ulicę zauważyła znaczny spadek liczby zdziwionych, wodzących spojrzeń! Droga do kiosku była dość długa i wyboista, a mimo tego nie posłano na spacerującą żadnego, zdziwionego czy też jątrzącego spojrzenia – „Wadliwa” skutecznie zakryła swoje wady! Po dotarciu do kiosku nie było już żadnych wątpliwości dla opinii publicznej: niemożliwe stało się możliwe, pani Małgorzata – wcześniej zwana „Wadliwą” – pozbyła się swoich wad! (Tym, czytelnikom, których może dziwić łatwość zmiany stanowiska opinii publicznej w tejże sprawie, pragnąłbym wyjaśnić, że niezagłębianie się we wszelkie aspekty życia osobistego jest charakterystyczną cechą postępowania ogółu i nie powinno ono dziwić w omawianym przypadku).
Jednakże pani Małgorzata nie ulegała zbytniej euforii. Wiedziała bowiem, że dopiero środowisko kioskarek miejskich będzie ostateczną instancją w jej sprawie i właśnie ono wyda ostateczny werdykt. Nasza bohaterka była logicznie myślącą kobietą i wiedziała, że tym razem nie będzie łatwo, albowiem wszystkie kioskarki, dzięki swej profesji, praktycznie przez cały dzień rzucały wodzące, szczypiące i przewiercające spojrzenia na wszystkich przypadkowych przechodniów ze swojego dobrze usytuowanego punktu obserwacyjnego, jakim niewątpliwie był kiosk. Powodowało to, że ich spojrzenie stało się tak przewiercające, iż bez problemów mogły one dojrzeć nawet mikroskopijne wady obiektów, na jakie patrzyły. Ludzie nie mogli ich ukryć, gdyż przewiercalność oczu kioskarek wyewoluowała do takiego stopnia, który pozwalał im przewiercać prawie wszystkie ubrania, dzięki czemu niepozorne sprzedawczynie gazet uplasowały się w ścisłej czołówce przewiercalności oczu kobiecych. Wyprzedzały je tylko dentystki, które z racji zawodu, przewiercały osoby również od wewnątrz, a czasem nawet ich zęby.
Krótko mówiąc: panie kioskarki opanowały do perfekcji szybką i niewymagającą dużego wysiłku metodę oceniania człowieka tylko za pomocą oczu. Kioskarka, która chciała przewiercić wzrokiem daną osobę, siadała absolutnie na solidnym krześle, a niektóre bardziej doświadczone mogły dokonać przewiercenia stojąc, aczkolwiek, musiały to robić również absolutnie i mieć silne nogi, gdyż mocne podstawy przewierceń wzrokowych były potrzebne do udźwignięcia ołowiu sypiącego się ze świdrujących oczu. Jednakże druga metoda nie była zbyt często preferowana, gdyż bardzo łatwo można było dostać od niej żylaków. Stąd właśnie dzięki stosowaniu pierwszego sposobu, kioski są takie niskie, a okienka do wydawania gazet znajdują się na wysokości oczu kioskarki siedzącej absolutnie.
Jeśli wyżej wymieniona postawa zostanie przyjęta, należy pamiętać o rękach. Nie można nimi wymachiwać, czegoś nimi chwytać lub, broń Boże, obsługiwać klienta. Aby ręce nie przeszkadzały, można trzymać je na kolanach, ale najczęściej są one zgięte w łokciach i założone na sobie. Usta natomiast, powinny być ściągnięte i napięte, oddech dość płytki, powieki lekko opuszczone, by nie mrugać nimi w najmniej nieodpowiednich momentach. Całe ciało musi być zwarte i skupione. Podczas wzmożonego przewiercania można zauważyć harmonijne drgania głowy i włosów kioskarek oraz bardzo napiętą twarz koloru intensywnej czerwieni.
Tak więc pani Małgorzata miała się czego obawiać i doskonale wiedziała o tym, jednakże wierzyła w skuteczną jak dotąd „Ciuciubabkę”. Poza tym, cóż innego jej pozostało? Przecież to była jej szansa, wreszcie, ta upragniona i oczekiwana, wytęskniony moment, by zmyć z siebie powłokę wad i stać się wreszcie nie outsiderem, pośmiewiskiem wytykanym palcami, ale normalną, pełnoprawną częścią grupy, „jedną z…”, kimś, obok kogo można usiąść na ławce, porozmawiać i… polubić.
Środowisko kioskarek miejskich miało to do siebie, że uwielbiało wręcz spotykać się „na herbatce”, gdzie lubiano wymieniać swoje obserwacje, młodszym kioskarkom przekazywać doświadczenie, dokonywać charakterystyk zarówno środowiskowych, jak i indywidualnych oraz czasami przeprowadzać analizy charakterologiczne postronnych osób zaproszonych właśnie „na herbatkę” (doprawdy, niech nas nie zwiedzie niewinna ta nazwa…). Na następne spotkanie u pani Lucyny Banikowskiej zwanej „Sokole Oko” zaproszono panią Małgorzatę, która już od dawna nie była proszona na takie imprezy przez swoje własne środowisko, ale tym razem fama o jej przemianie stała się dla kioskarek nazbyt dojmująca. Trzeba było sprawę wyjaśnić!
Mieszkanie pani Banikowskiej idealnie nadawało się do różnego typu przewierceń, a i sama jego właścicielka nie przypadkiem otrzymała pseudonim „Sokole Oko”. Zainstalowano w tym apartamencie nie tylko bardzo dobre oświetlenie i solidne krzesła, ale przede wszystkim ogromne znaczenie miało specjalne umiejscowienie korytarza i odpowiedni taboret. Panie kioskarki po zajęciu miejsc na solidnych krzesłach miały doskonały widok na ciągnący się w nieskończoność korytarz. Osoba, która weszła do mieszkania, aby dojść do przeznaczonego dla niej taboretu, tenże długi korytarz musiała przemierzyć samotnie. Podczas tego marszu panie kioskarki zbierały niezbędne dane do analizy charakterologicznej wchodzącego człowieka. Pani Małgorzata wiedziała o tym i dlatego szczelnie okryła się „Ciuciubabką”. Przez całą drogę do mieszkania pani Banikowskiej była bardzo skupiona i gotowa na każdą ewentualność. Starała się rozluźnić, pomyśleć o rzeczach niezobowiązujących, błahych, ale jak miała to zrobić, skoro za chwilę wszystko miało się rozstrzygnąć: cała jej przyszłość w naszym społeczeństwie? Tymczasem dość szybko odnalazła wskazany adres i zapukała do drzwi, po czym usłyszała dość żwawe kroki, a po chwili dźwięcznym tonem wypowiedziane: „otwarte!”
Po przejściu przez próg, świeżo upieczona fanka zasłon do kobiet zobaczyła to, czego się spodziewała, czyli całe środowisko kioskarek miejskich siedzące na solidnych krzesłach i nie muszę chyba dodawać, że wszystkie siedziały absolutnie. Wciąż „Wadliwa” szła spokojnie przez wydłużający się korytarz tak cicho, że słychać było płytki, wymagany przy przewierceniach wzrokowych oddech: szSZszuu…, szSZuuu…, szSZuSzzuuuusZS…, SZSZSUdsefzdZd… szojzdzdSZdzifscnscd… i mniej więcej tak w nieskończoność. Sytuacja była niewątpliwie niebezpieczna dla pani Małgorzaty, gdyż pojedynczy wzrok kioskarki jest niczym w porównaniu ze wzrokiem środowiska, dlatego teraz „Wadliwa” musiała się dodatkowo parać z presją środowiskową i nie było innego sposobu, jak tylko ją udźwignąć. Stąd chód pani Małgorzaty stał się bardzo ciężki, czuła na sobie przyciskającą do podłogi, ogromną presję. Przeważnie spod jej ciężaru wychodziły na jaw wszystkie odchylenia od norm: słabość, malutkość, aśrodowiskowość i chorągiewkowatość jednostki. Jednakże, tym razem spod szczelnego pancerza „Ciuciubabki” nic niepożądanego na wierzch nie wyłaziło, żadna niedoskonałość ani jedna ułomność, żadna wada! Pani Małgorzata dzielnie opierała się wodzącym spojrzeniom, zachowując fason. Najtrudniejsze jednak miało dopiero nadejść.
Po początkowym niepowodzeniu kioskarki wzmogły intensywność przewierceń. Nie ustawały teraz w harmonijnym ruchu głów, miarowym oddechu, a twarze ich było już soczyście czerwone. Podczas gdy prawie wszystkie nerwowo dygotały na solidnych krzesłach, ołowiany ich wzrok próbował wydobyć na wierzch, pokazać, udokumentować wszystkie wady panimałgorzatowe. W powietrzu aż świszczało od przewierceń. Teraz miało się wszystko rozstrzygnąć: wady czy brak wad, ocena pozytywna czy negatywna, odspołecznienie czy uspołecznienie i wreszcie „Wadliwa” czy „Niewadliwa”. Na razie wszystko wskazywało na „Niewadliwą”. Pani Małgorzata była już bardzo blisko taboretu, a cudowny artefakt „Ciuciubabka” nadal był bardzo szczelny. Już tak wiele jej zawdzięczała, a teraz była o krok od pełnego sukcesu. Cudowny artefakt… A może była to zasługa narodzonej wraz z jego nabyciem ufności we własne siły? W każdym razie, jeśli ktoś usiadł na taborecie to znaczyło to, że przeszedł analizę pomyślnie, ale nie tym razem, ponieważ pamięć o niezmierzonym dywanie wad pani Małgorzaty była w środowisku zbyt świeża. Toteż nie było mowy o zwyczajowym procesie przewiercenia i dla wszystkich stało się jasne, że albo delikwentka zostanie wreszcie zmorzona wywieranym naciskiem, albo dojdzie do tragedii.
Pani Małgorzata, cała spocona od dźwigania presji, z niewysłowionym trudem i bólem doszła do taboretu, po czym z cichym świstem zwaliła się na niego. Siedziała teraz całkiem oszołomiona z wycieńczenia, dzielnie odpierając ataki przewiercających oczu kioskarek; na spojrzenia wiercące odpowiadała spojrzeniem możliwie łagodnym, na jątrzące choć minimalnie serdecznym, na wichrzycielskie całkiem delikatnym. W każdym razie nie mogła już żadnego spojrzenia ignorować dłużej, na każde musiała odpowiednio zareagować. Napięcie sięgało apogeum: czy harmonijne drganie całego środowiska pokona wreszcie nieprzeniknioną zbroję „Ciuciubabki”? Pani Małgorzata wiedziała, że dłużej tego nie wytrzyma, dlatego ostatkiem sił zbiła się w sobie, ostatecznie zsyntetyzowała wszystkie części ciała i jątrzącym wysiłkiem woli zdobyła się na decydujące, dobitne uniesienie: spokojnie, jak gdyby nigdy nic, swobodnym ruchem ręki odgarnęła włosy do tyłu.
To ostatecznie podłamało kioskarki, które nie wytrzymały napięcia i klęski presji środowiskowej. „Ciuciubabka” zbyt szczelnie zakryła wady pani Małgorzaty, by móc cokolwiek zobaczyć, a od zbyt długiego i intensywnego przewiercania większość kioskarek doznała wytrzeszczu oczu i z objawami nadmiernego wyeksploatowania całej gałki ocznej ze wskazaniem na siatkówkę została przewieziona do szpitala. Ich życiu nie zagrażało, jednak, niebezpieczeństwo.
Po tym zdarzeniu środowisko kioskarek miejskich zaakceptowało przemianę pani Małgorzaty i uznało ją w pełni znaczenia tego słowa za osobę normalną i bez widocznych wad. Czasami tylko któraś z kioskarek, nie mogąc powstrzymać swej natury, rzuciła od czasu do czasu jątrzące lub wodzące spojrzenie. Jednakże, pamięć o tamtym sławetnym przewierceniu w mieszkaniu pani Banikowskiej, o którym starano się za bardzo nie wspominać w towarzystwie, pozostała bardzo żywa i starano się odtąd za wszelką cenę uniknąć kolejnego pobytu w szpitalu. Toteż rzucano, owszem, różne spojrzenia za panią Małgorzatą sporadycznie i mimowolnie, ale absolutnie nikt nie próbował nawet rozpoczynać procesu przewiercania. Nawet pani Lucyna „Sokole Oko” unikała angażowania któregokolwiek ze swoich ocząt w jakąkolwiek aktywność spojrzeniową w ogóle, a przy pani Małgorzacie zwłaszcza. Zresztą, wydaje się, że pani Lucyna najbardziej odczuła skutki owego, nadmiernego przewiercenia i w zasadzie można już było nadać jej nowy pseudonim: „Bawole Oko”, a tylko szacunek dla koleżanki nakazywał pozostanie przy poprzednim. Natomiast od pamiętnego zwycięstwa pani Małgorzaty, nikt nie używał dawnego jej przydomka, ale nowy: „nieWadliwa”.
Przez całą jesień, zimę i wiosnę pani Małgorzata używała „Ciuciubabki” i jej status w środowisku rósł nawet, ponieważ była osobą całkiem inteligentną. Jednakże przyszło lato i kioskarki postanowiły po roku ciężkiej pracy wyjechać na wakacje nad morze, oczywiście wraz z panią Małgorzatą. Całe środowisko wybrało się do Sopotu i już pierwszego dnia pobytu w kurorcie postanowiło popływać w morzu. „NieWadliwa”, niczego złego się nie spodziewając, postanowiła jako pierwsza wejść do wody, naturalnie cały czas mając na sobie „Ciuciubabkę” i oto stała się rzecz przerażająca! Pani Małgorzata po dziewięciu minutach pływania, gdy wyszła na brzeg, miała wszystkie swoje wady na wierzchu! Najwyraźniej cudowna „Ciuciubabka” przemokła podczas kąpieli i przestała działać jak wcześniej.
Kioskarki nie musiały nawet rozpoczynać procesu przewiercenia, wady pani Małgorzaty wyrastały na niej jak grzyby po deszczu. Kontynuując tę metaforę: były to wielkie muchomory, tak czerwone, że raziły znakomity wzrok pań kioskarek. Gdy po chwili „Ciuciubabka” przestała działać zupełnie, wady – tak długo skrywane – były widoczne już bez żadnej osłony! Proszę sobie wyobrazić, jak bardzo musiały one razić niezwykle wyczulony wzrok biednych pań kioskarek. Jednakże część z nich miała szczęście. Te, które miały założone okulary przeciwsłoneczne i te, które w pierwszej chwili zemdlały, nie odniosły poważniejszego uszczerbku na zdrowiu. Wszystkie inne – tak bardzo wstrząśnięte – przewieziono do szpitala z podejrzeniem wstrząsu psychicznego lub udaru słonecznego, ale ta diagnoza nie wydaje się słuszna. Na szczęście, wszystkie kioskarki zostały uratowane przez zespół lekarzy z Sopotu, którzy już nie raz borykali się ze wstrząsami od przewierceń na plaży. Prosili oni także, aby przekazać następujący komunikat: „jak zawsze, tak i teraz zaleca się zachowanie szczególnej ostrożności podczas przewierceń plażowych w okresie letnim”.
Po tym zdarzeniu pani Małgorzata znowu otrzymała przydomek „Wadliwa” i od razu straciła wysoki status w środowisku kioskarek miejskich. Jej frustracja była tak duża, że postanowiła napisać list do prezesa firmy „Zaspol”, która to w międzyczasie dodała do swej nazwy: „producent zasłon do okien i do kobiet”. W liście domagała się ona zadośćuczynienia, ponieważ gwarancja na „Ciuciubabkę” obejmowała cały rok, a do końca terminu pozostały dwa miesiące. Tymczasem zasłona po zamoczeniu przestała działać. W razie nieuwzględnienia prośby zagroziła, że poda firmę do sądu.
W odpowiedzi, po zapoznaniu się bardzo wnikliwie ze sprawą, prezes firmy „Zaspol” napisał, że roczna gwarancja zasłony dotyczyła tylko i wyłącznie stosowania produktu w warunkach atmosferycznych przeznaczonych dla zasłon, a wyrób nie był wodoodporny. Z tego powodu firma „Zaspol” nie może przyjąć odpowiedzialności za poniesione straty i oczywiście nie zapłaci odszkodowania. List kończył się złośliwym i jakby niepasującym do całej sprawy stwierdzeniem, że kobieta nie powinna opierać swojej wartości na powabach ciała.
Pani Małgorzata znów „Wadliwa” Kostrzewska była tak wstrząśnięta powyższą odpowiedzią, że doznała wstrząsu psychicznego i przewieziono ją do szpitala. Po długiej rehabilitacji kioskarka nie wróciła już do pracy w zawodzie, ale od razu przeszła na emeryturę. Odtąd jej manią stało się skonstruowanie zasłony do kobiet wodoodpornej, co czyniła z wielkim oddaniem i sumiennością. Kiedy już skonstruowała takową zasłonę, miała sporo lat i była prawdziwą emerytką miejską. Byłe środowisko kioskarek miejskich przekształciło się teraz w środowisko emerytek miejskich i zmieniło normy społeczno-obyczajowe. W świetle tych norm zachowanie pani Małgorzaty było już bardzo anormalne, dlatego nie powinno dziwić, że otrzymała nowy przydomek: „Anormalna”. Albowiem nie pozostało już nic z dawnej inteligencji pani Małgorzaty, ponieważ przez lata konstruowania zasłony jej myśl stała się zupełnie jałowa, a teraz w środowisku emerytek miejskich liczyła się właśnie myśl.
Resztę życia pani „Anormalna” Kostrzewska próbowała wynaleźć opaskę na głowę do kobiet, która szczelnie zakryłaby jałowość myśli kobiecej, ale niestety zmarła przed zakończeniem prac i jałowość myśli kobiecej nadal nie ma dość dobrej opaski, jaka mogłaby ją skutecznie zasłonić! Z socjologicznego punktu widzenia jest to bardzo niepokojące zjawisko i dlatego powinno się niezwłocznie podjąć wszelkie próby ocalenia myśli kobiecej. Niewątpliwie, trud ten mogliby podjąć mężczyźni – oczywiście, o ile wcześniej uporaliby się z jałowością myśli męskiej, co wydaje się równie karkołomnym przedsięwzięciem. Stąd apel do wszystkich kobiet i mężczyzn, aby podjęli natychmiastowe próby uratowania naszej myśli społecznej!
x Wojciech Wasiak
napisane kiedyś, nie później niż w 2005 r., prawdopodobnie w 2002 r.
