Małe, nieopierzone pączki liści
jakie życie jest piękne
Siedząc w moim pokoju
widzę przez okno tylko listki
i szczyty gałęzi
w bezbrzeżnej, nieskończonej zieleni
Nie widzę niczego więcej
Mogę się tylko domyślać
istnienia jakiegoś pnia w dole
korzenia w glebie
ale…
może ich nie ma
może nie istnieją w ogóle
może nie ma tej struktury nośnej
a zieleń samoistnie
zatacza się wkoło
i wiruje wokół
I nie pytając nikogo o zdanie
splata warkocze zdarzeń
I dlatego
uśmiech chłopca
odbity w kałuży
w której się taplał przez godzinę
nie potrzebuje wyjaśnień
Nie pytam też
skąd ta dobroć w Twoich oczach
dla mnie
biorę ją tylko w dłonie jak
błyszczącą monetę
i podrzucam w górę
w wir zieleni koron drzew
Wszystko inne przyjdzie potem
albo i nie
Przecież
nawet jeśli ktoś niezbyt rozsądny
doszukiwałby się tego co
miałoby być w dole
i gdyby rzeczywiście coś tam było
to i tak
wiotkość i słabość liści
będą zawsze bardziej powabne
niż twardość pnia
i siła korzenia
Ale póki co…
… nie istnieją
(jednak mówmy to szeptem…
by nie zburzyć grobowego spokoju…
siwych, posępnych głów od wielkich rzeczy…)
… nie istnieją!
a zieleń sama z siebie
tańczy w obłokach
a ja wraz z nią
4 czerwca 2017, mój pokój w Konarzewie