Uchylam spod rzeczy rąbki tajemnicy
spoglądam w obezwładniający bezkres, który się tam otwiera
codziennie w lustrze widzę swą błazeńską twarz
i powtarzam:
czyż nie było lepszych?
Chwytam co się dzieje w ręce jak piasek
który od razu wiadomo, że przecieknie między palcami
bezwiednie spadając w otchłań za czym już nie nadąży wzrok
choćby i bardzo chciał
Biorę i chwytam… pozornie
nic się nie stanie, co zaplanowane
nie przetoczą się bataliony zdarzeń
żaden kapral nie będzie nawoływał na wzgórzach
a jego głos nie ugrzęźnie w bezdennej studni czasu
A jednak…
Jak na złość…
są te zielonych drzew szpikulce – niesamowite
niby wiotkie, a mocne; niepozorne a ożywiają nagle potężne
i bujne, coraz bujniejsze, na pewno bardziej niż czerń bezkresów
różnobarwnie zielone, mieniące się w skaczących promieniach wiosny
soczyste, powiewne i lekkie, unoszące
(tak bardzo Zieleń zespoliła się z Paschą w tym roku)
nie mogę się im nadziwić
Tak długo jak będą, tak długo i my będziemy
w liściu różnobarwnej zieleni zaklęci
I przez to wiem
że nie mam początku ani końca,
złocista poświata jest we mnie, przenika na zewnątrz i nie ma granic
A pastę gotuję przez 10 minut tylko
dokładnie tyle ile jest napisane na opakowaniu
na pewno nie krócej
a w tych 10 minutach jest
wieczność,
głębia,
wszystko
Poznań – Żegrze, kwiecień – maj 2022
