Nuty a muzyka

Zacznijmy od faktu błahego w myśl aforyzmu: „Jeśli twój dzień powszedni wydaje ci się ubogi, nie obwiniaj go; oskarżaj raczej siebie, że nie jesteś dość silny, by wydobyć jego bogactwa” (Rainer Maria Rilke). Niektóre wydarzenia mogę być dla nas symptomatyczne, mogą być symbolem, mówić więcej, znaczyć. Skoro analizujemy zdarzenia (nawet z pozoru błahe) z życia Jezusa i doszukujemy się w nich głębszych znaczeń oznacza to, że rzeczywistość niesie w sobie pewne przesłanie i życie mamy wprzódy analizować. Ewangeliści nie pisali podręczników teologii, a bynajmniej mogli. Pisali historię życia Jezusa, by pokazać, że w pozornie drobnych szczegółach codzienności zaklęte są dla nas miriady znaczeń jak gwiazdy na nocnym niebie. Może dlatego właśnie Bóg mówił do Abrahama w stosownym momencie: spójrz w niebo, policz gwiazdy, oderwij się od szczegółów życia na ziemi i zobacz, ile może być jeszcze ukrytych znaczeń tego, co się dzieje. Mędrzec, wedle Biblii, ma przecież zgłębiać rzeczy przeszłe, spoglądać wstecz, rozważać i w ciągłych refleksji nawrotach, tkać matrycę mądrości życiowej. Takiemu właśnie, prostemu rozważaniu małych, niepozornych rzeczy, niniejszy tekst poświęcony będzie.

Kiedyś, za młodu, uczyłem się gry na keyboardzie. Do tej pory nie umiem grać na tym instrumencie, ale nie to jest istotne. Uczyłem się w sposób osobliwy. Otóż zamiast starać się „słuchać”, „czuć muzykę”, kurczowo trzymałem się nut. Dla mnie, wtedy, muzyka była tylko ciągiem znaków na pięciolinii wygranym w odpowiedniej kolejności. Potrafiłem zagrać nawet dość długi utwór, pamiętając sekwencję dźwięków. Nijak to się przełożyło na „czucie” muzyki, to znaczy na poznanie interwałów, dystansu między dwoma dźwiękami, nie mówiąc już o jakiejkolwiek formie improwizacji. Potrafiłem odegrać melodię tylko i wyłącznie w wyuczonej wcześniej formie. Gdy zapominałem sekwencję nut, nie mogłem już nic zagrać, mimo tego, że melodia dźwięczała mi w uszach. (I żeby uczynić rzecz jeszcze ciekawszą: wyobraźmy sobie osobę, która jest na tyle uzdolniona, że może spokojnie „grać ze słuchu”, a kurczowo trzyma się nut z jakichś powodów. Oto paradoks, który dotyczy wielu ludzi: wszyscy możemy czuć muzykę, słuchać natchnień Ducha, a gdy tylko z różnych przyczyn kurczowo trzymamy się nut, czyli prawidłowych ze swej natury zasad, to stajemy się wyrobnikami, a nie mistrzami życia. Ale nie uprzedzajmy faktów.)

„Najpierw muzyka, potem nuty” głosi powiedzenie Riccardo Mutiego. Muzyka jest czymś więcej niż ciągiem nut. Spróbujmy wmyśleć się w tę sekwencję, a nic tak nie ułatwia myślenia, jak refleksja nad epizodami życia.

Kiedyś, dawno dawno temu oglądałem, gdy jeszcze kanał TVP Kultura przeżywał okres swojej świetności (nie wiem doprawdy, czy jeszcze dziś istnieje), ciekawy reportaż na temat spotkania wielkiego i szanowanego pianisty Krystiana Zimermana z młodymi adeptami Akademii Muzycznej w Poznaniu. Lekcja poglądowa przebiegała następująco: po kolei każdy ze studentów grał wybrany przez siebie utwór, by móc później wysłuchać opinii mistrza na temat swojej gry. Utkwił mi w pamięci jeden komentarz ze strony wielkiego pianisty. Otóż po wygraniu kolejnego utworu przez pewnego studenta, wirtuoz dixit: „pięknie! widać twą biegłość, znajomość utworu, ale brakuje mi jednak jednej rzeczy. Brakowało mi pauz, podkreślenia przerw między dźwiękami. Gdybyś tak mógł zagrać teraz same pauzy.” Pauzy? Zagrać same pauzy? Jak można zagrać same pauzy? Przecież pauza to brak dźwięku, interwał, przerwa, cisza, możliwa do wychwycenia tylko wtedy, gdy znajduję się pomiędzy brzmieniem dwóch nut! Jak można zagrać bez-dźwięk?

Lekko skonfundowany młodzieniec potraktował zadanie serio. Zasiadł jeszcze raz przy pianinie i przez pewien czas grał same pauzy, nie dotykając oczywiście klawiatury.

Powyższa anegdota może być dla nas pouczająca na wiele sposobów; jeszcze będzie okazja, by do niej wrócić. Dla nas tylko jedna refleksja będzie istotna: melodia jest splotem dźwięku i ciszy, jest grą, wzajemnym przenikaniem tego, co ma wybrzmieć, z tym, co ma pozostać milczeniem. Muzyka nie ma za zadanie zapełnić ciszę, walczyć z nią albo wyrwać dźwięki z niebytu. Muzyka jest światłocieniem brzmienia i milczenia, rozpiętym między wyniosłą gamą barw wysokiego C a punktem zerowym magicznej ciszy wielorakich znaczeń.

Pewnego rabina zapytano kiedyś: „jak rozumieć ten fragment Biblii?” Odpowiedział: „a co widzisz na kartce?” „Litery”- odparł. „Zatem przyjrzyj się dokładnie, bo między literami jest jeszcze biała przestrzeń i ty właśnie musisz ją wypełnić.” W każdym tekście są litery, jest to, co powiedziane (wyraz aktywności autora) i to, co przemilczane (wymaga aktywności czytelnika). Tak jak zapis nutowy staje się muzyką dopiero wtedy, gdy ktoś gra, tak samo dzieje się z tekstem- zaczyna coś nam mówić, gdy go czytamy, interpretujemy (bo każde, nawet najbardziej literalne czytanie jest już interpretacją). Tekst staje się przesłaniem, a Słowo staje się życiem, gdy porzucając uporczywość liter, staramy się wkroczyć w świat, który powoli odkrywa się dla nas w przestrzeniach między wyrazami.

Zatem muzyka nie jest sekwencją nut (jak to sobie mogłem jako chłopak wyobrażać), ale melodią złożoną z dźwięku i z ciszy. Gdy Abraham wpatrywał się w gwiazdy, nie wiemy co myślał (w ogóle postaci biblijne są przedstawione dość „płasko”- nie mamy zbyt wielu zapisów ich życia wewnętrznego, nie mają pamięci, a gdy narrator decyduje się opisać poruszenia duszy, przechodzi do poezji, np. Rdz 2:23 i 4:23-24). Autor nie zająknął się o tym ani słowem. Jest luka w tekście, raczej zamierzona. Zatem to my, czytelnicy, słuchacze Słowa musimy tę lukę wypełnić. Nuty już nie wystarczają, musimy wsłuchać się w melodię; litery przekazały wszystko, co mogły sobą wyrazić, pora wniknąć w przestrzenie pomiędzy nimi. Z Rdz 15:6 wiemy, że Abraham uwierzył. Ale czy liczył gwiazdy, jak mu Pan polecił? Czy zwrócił uwagę na jakąś szczególną? Myślał o przyszłych potomkach? o Sarze? A może zaczął toczyć spokojnie refleksję. I myślał o Słowach, o Słowach Wielkiej Obietnicy. Może poczuł wolność, oderwał się od krępującej koncentracji na literach, spojrzał wyżej, wysoko, a z gwiazd spłynęły mu ławice obrazów. Być może pławił się w bogactwie możliwości: „a może tak się to stanie, albo inaczej, nieważne, ale stanie się, Słowo się spełni”. Może Abraham zobaczył jak śmieszny jest jego strach (Rdz 15:1). Może powoli przestawał się lękać, nabrał sił i uwierzył w miłość rozpostartą nad Abrahamem tak, jak gwiazdy rozrzucone są na niebie. Może oderwał się od namiotu stojącego za nim, od ziemi, słów, przyziemności, przywiązania i poczuł się wolnym, niejako mieszkańcem nieba, wezwanym przez Pana Przestworzy, który każdej gwieździe właściwe jej miejsce wyznaczył. Może poczuł się wielkim, kochanym, godnym przyjęcia Obietnicy. Może spojrzał na najbardziej świecącą gwiazdę i poczuł jak jego serce ożywa, nabiera nadziei. I uwierzył.

Gdyby papier przekazywał dźwięk, pisałbym te słowa szeptem: „… Człowieku … i Ty jest wielki, i w Twoim życiu dzieją się rzeczy niezwykłe. W małych i niepozornych szczegółach naszego życia zaklęte są skarby, jak w szkatułkach i jest też muzyka, ilekroć wzbijamy się ponad uciążliwość nut, słów i rzeczy. Ty także masz swój, przykuty do ziemi namiot, przed który trzeba wyjść i wyprostować obolałe skrzydła. I nad Tobą są gwiazd obłoki, których świetlista poświata aż za horyzont naszych spraw powszednich spojrzeć nam pozwala. I Ty jesteś Dzieckiem Obietnicy.”

Rzym, jesień 2015

Skrzydło

Wczoraj u mego
prawego boku
wyrosło mi skrzydło.

Bardzo ładne skrzydło
i do tego duże.
Z pięknymi, białymi jak śnieg
piórami. Wspaniałe
i szlachetne.
Takiego skrzydła jeszcze
nie widział świat.

Ale dlaczego Bóg
dał je akurat mnie?
Czyżby moje życie było
aż tak doskonałe?
Być może moje czyny
były czystą realizacją
Jego woli?
Być może jestem wzorem
dla innych?

Ale gdzie ja teraz
dostanę ubrania na takie
skrzydło? Przecież
będę wyglądał nieciekawie
z jednym tylko skrzydłem.

A już wiem! Bóg już
teraz stawia mnie na
równi ze świętymi.
A tam ze świętymi… Na równi
z aniołami. Już niedługo
dostanę drugie skrzydło.

Ależ wspaniale. Już niedługo
opuszczę ziemski świat,
niewolę ciała
i zamieszkam w niebie obok
aniołów, takich samych ja.
Lecz najlepiej będzie jak
spytam o to samego Boga.

– Boże, Ojcze mój
proszę Cię powiedz po co
zesłałeś mi to skrzydło?
Czy jest ono zalążkiem
nieba, do którego
mam trafić?
Czy zasiądę obok aniołów?
Proszę Cię, Boże, odpowiedz.

– Zaprawdę, zaprawdę
powiadam ci…
dałem ci to skrzydło po to
abyś jednym jego ruchem
mógł łatwo i przyjemnie
podrapać się za uchem.

Grudzień 2002, Opalenica, pierwszy wiersz